zdjecia - niektorych projektow 1

zdjecia - niektorych projektow 2

zdjecia - niektorych projektow 3

zdjecia - niektorych projektow 4

zdjecia - niektorych projektow 5

 

Wysokość komina

Dobrze wykonany komin umożliwia swobodne wydostawanie się spalin i zabezpiecza przed ich wdmuchiwaniem do wnętrza domu.

Odpowiednio dobrany przekrój i wysokość komina zapewniają optymalny przebieg procesu spa­lania w kotle. Dokładne wyzna­czenie tych wielkości wymaga skomplikowanych obliczeń, w których uwzględnia się rodzaj spalanego paliwa, moc cieplną ko­tła, jego sprawność, temperaturę spalin oraz szereg innych parame­trów. Zazwyczaj obliczenia te przeprowadza się za pomocą pro­gramów komputerowych. Wielu producentów kotłów wyko­nało odpowiednie obliczenia dla swoich urządzeń, na podstawie których sporządzono wykresy i tabele doboru komina. Zazwy­czaj są one podane w instrukcji obsługi kotła. O wyborze paliwa i kotła należy decydować przed wybudowaniem domu. Od czynników tych zależeć będzie bowiem przekrój przewo­du kominowego. Znając typ, wiel­kość kotła i rodzaj stosowanego do niego paliwa oraz materiał, z jakiego wykonany jest komin, można z odpowiedniego wykresu czy tabeli odczytać przekrój komi­na dla danej wysokości. Wysokość komina jest bowiem w przeci­wieństwie do przekroju znana i zależy przede wszystkim od wy­sokości domu i usytuowania w nim kotła. Im komin jest niższy, tym większy musi być jego prze­krój. Jeśli na przykład przewód kominowy ze względu na kształt domu i usytuowanie w nim kotła jest krótki, to jego przekrój musi być duży.

Komin musi być wyprowadzony ponad dach zgodnie z normą PN-89/B-10425. Wysokość wypro­wadzenia komina zależy od:

♦    nachylenia połaci dachowej,

♦    materiału kryjącego dach,

♦     wysokości budynków znajdują­cych się w promieniu 10 m od przewodu kominowego.

W wypadku dachów płaskich, któ­rych kąt nachylenia nie przekra­cza 12°, niezależnie od pokrycia dachu, wyloty przewodów komi­nowych powinny znajdować się co najmniej 0,6 m powyżej pozio­mu kalenicy lub 0,6 m po­wyżej obrzeży budynków, jeśli da­chy są wgłębione. Ten sam waru­nek musi być spełniony, gdy dach jest stromy i pokryty materiałem łatwo zapalnym. Gdy kąt nachylenia dachu przekracza 12°, ale pokrycie jest niepalne, nieza- palne lub trudno zapalne, wyloty przewodów kominowych powin­ny znajdować się co najmniej 0,3 m powyżej powierzchni dachu i w odległości co najmniej 1,0 m w kierunku poziomym od tej po­wierzchni. Jeśli w promieniu 10 m od prze­wodu kominowego znajduje się przeszkoda (np. sąsiedni budynek) utrudniająca wylot spalin, to wy­sokość komina należy uzależnić od wysokości przeszkody. Jeśli znajduje się ona w odległości do 1,5 m od komina, to jego wylot musi być co najmniej 0,3 m powy­żej górnej krawędzi przeszkody. W wypadku przeszkody usytuowanej w odległości od 1,5 do 3,0 m od komina – jego wylot musi znajdować się co najmniej na poziomie górnej krawędzi przeszkody. Jeśli zaś prze­szkoda jest odalona 3,0 do 10,0 m od komina, to jego wylot musi znajdować się ponad płaszczyzną wyprowadzoną pod kątem 12° w dół od poziomu przeszkody.

Jeśli istnieje prawdopodobień­stwo powstania takiej przeszkody w niedalekiej przyszłości, to war­to od razu postawić wyższy ko­min. Wyżej wyprowadzony prze­wód ułatwi wylot spalin.

 

Grzejniki stalowo płytowe

Decydując się na zakup grzejnika należy brać pod uwagę nie tylko jego estetykę, ale również rodzaj instalacji centralnego ogrzewania, z jaką grzejnik będzie współpracował, materiał, z jakiego wykonano poszczególne elementy instalacji, przeznaczenie pomieszczenia oraz możliwości montażu.

Powszechnie dotychczas stosowa­ne grzejniki żeliwne członowe nie nadają się do nowoczesnych rozwiązań instalacji centralnego ogrzewania ze względu na dużą pojemność wodną i zanieczysz­czenia wewnętrzne (pozostałość procesu technologicznego odlewu żeliwa). Systemy centralnego ogrzewania wyposażone w ele­menty automatyki, zawory termostatyczne wymagają grzej­ników o małej bezwładności cieplnej.

■ Właściwości

Grzejniki stalowe płytowe charak­teryzują się małą pojemnością wodną, a więc szybko reagują na zmiany zachodzące w układzie centralnego ogrzewania oraz dobrze współpracują z zaworami termostatycznymi. Im mniejsza ilość wody w instalacji (tzw. zład), tym mniejsza bezwładność systemu.

Dzięki temu, że grzejniki są czy­ste wewnętrznie, woda krążąca w instalacji nie powoduje uszko­dzeń automatyki, pomp dławnicowych i armatury. Zaletą ich jest znacznie mniejszy ciężar w porównaniu z grzejnika­mi żeliwnymi członowymi, co uła­twia montaż. Grzejniki płytowe można zawiesić na ścianie lub ustawić na stojakach przytwier­dzonych do podłogi. Nie bez znaczenia jest również es­tetyczne wykonanie. Powierzch­nia płyt ma trwałą, najczęściej podwójną powłokę lakierniczą, którą łatwo utrzymać w czystości. Większość firm oferuje grzejniki w kolorze białym (RAL 9010). Grzejniki w innych kolorach do­stępne są na zamówienie. Należy zwrócić uwagę, że nawet ten sam kolor katalogowy może mieć inny odcień, w zależności od barwy la­kieru podkładowego. Rozwiązaniem podwyższającym estetykę jest – stosowane coraz częściej – tzw. podłączenie odpodłogowe. Nowoczesne technolo­gie pozwalają na prowadzenie przewodów rozprowadzających w warstwie podkładu podłogowe­go. Przewody wykonane są wów­czas z tworzywa sztucznego lub miedzi. Podłączenie odpodłogowe można stosować w systemie ogrzewania dwururowego oraz – przy zastosowaniu zaworu mie­szającego – również w instala­cjach jednorurowych. Jeśli grzejnik ma podłączenie z boku, przewody pionowe dopro­wadzające wodę do grzejnika są widoczne.

Grzejniki płytowe VK czy VKO (nazwa w zależności od firmy) podłączenie to mają ukryte w swoim wnętrzu. Służy do tego specjalnie wbudowany element, który często zawiera również kor­pus zaworu termostatycznego (zwykle firmy Heimaier) z możli­wością wstępnej regulacji. Pozwa­la to na wyrównanie oporów hy­draulicznych, dzięki czemu do grzejników dostarczana jest odpo­wiednia ilość wody. Niewielka głębokość zabudowy grzejników płytowych pozwala na bardziej swobodną aranżację wnętrz, nawet gdy powierzchnia do montażu jest ograniczona. W sprzedaży znajdują się grzejniki o różnych wymiarach i różnej mo­cy cieplnej (wysokość 300-900 mm, długość 400-3000 mm, moc cieplna 200-13000 W). Najczęściej produkowane typy grzejników:

♦     typ 10 – jednoplytowe,

♦     typ 11 – jednoplytowe z ożebrowaniem konwekcyjnym,

♦    typ 20 – dwuplytowe bez ożebrowania,

♦    typ 21 – dwuplytowe z poje­dynczym ożebrowaniem kon­wekcyjnym,

♦    typ 22 – dwuplytowe z po­dwójnym ożebrowaniem,

♦     typ 33 – trzyplytowe z potrój­nym ożebrowaniem.

Ożebrowanie konwekcyjne znaj­duje się z tylu grzejnika. Wykony­wane jest zazwyczaj ze stali, ale spotyka się również – z alumi­nium. Zastosowanie ożebrowania powoduje zintensyfikowanie wy­miany ciepła między grzejnikiem i otoczeniem. Ponadto w grzejniku jednopłytowym z ożebrowaniem konwekcyjnym mniejsze są straty ciepła wypromieniowanego przez grzejnik na ścianę zewnętrzną, na której jest zawieszony, gdyż ciepło oddawane jest głównie przez kon­wekcję. Z tego względu najczę­ściej stosowane są grzejniki z ożebrowaniem konwekcyjnym. Wyjątek stanowią obiekty służby zdrowia, w których ze względu na wymagania higieniczne dopuszcza się do stosowania tylko grzejniki gładkie płytowe mające atest hi­gieniczny PZH.

Dystrybutorzy (importerzy) oraz producenci reklamują grzejniki płytowe jako wyroby energoosz­czędne w eksploatacji. Energoszczędność grzejnika jest pojęciem nieścisłym. Urządzenie to bowiem jest elementem całego systemu centralnego ogrzewania i dopiero wyposażenie systemu grzewczego w automatykę pozwala uzyskać oszczędności.

Zużycie energii związane jest z izolacją termiczną domu. Ilość ciepła, jaką trzeba dostarczyć, jest równa stratom ciepła przez ścia­ny zewnętrzne, dach, okna i wentylację. Nawet najnowocze­śniejszy system centralnego ogrzewania nie pozwoli na znacz­ne zmniejszenie zużycia energii, jeśli dom jest źle izolowany i ma nieszczelne okna. Odrębne zagadnienie stanowi efektywność wykorzystania ciepła oddanego przez grzejnik. Związa­na jest ona ze stopniem rozwar­stwienia temperatury powietrza w zależności od wysokości. Przyj­muje się, że ogrzewanie podłogo­we jest idealnym grzejnikiem, dla którego rozkład temperatury jest optymalny. W rozwiązaniu tym ciepło oddawane jest przez pro­mieniowanie. Najwyższa tempe­ratura występuje przy podłodze, najniższa – pod sufitem.

Grzejniki płytowe oddają ciepło przez promieniowanie i konwekcję w mniej więcej równym stopniu. Udział promieniowania w oddawa­niu ciepła dla grzejników płyto­wych jest duży w porównaniu z in­nymi grzejnikami, np. członowymi czy konwektorami. Ilość wykorzy­stanego ciepła dostarczonego przez grzejniki płytowe jest wyso­ka, co wynika z równomiernego rozkładu temperatury w pomiesz­czeniu. Należy zwrócić uwagę, że wraz ze wzrostem udziału konwek­cji w procesie oddawania ciepła przez grzejnik, krzywa rozkładu temperatury w pomieszczeniu przechyla się na prawo (rozkład temperatury w zależności od wy­sokości pomieszczenia dla różnych systemów ogrzewania zamieścili­śmy w artykule „Jak osiągnąć kom­fort cieplny”. Występuje wówczas nieko­rzystne przegrzanie powietrza pod sufitem, zaś warstwy powietrza nad podłogą mają temperaturę najniższą.

Trwałość grzejników stalowych płytowych zależy przede wszyst­kim od poprawnej eksploatacji instalacji. Dystrybutorzy zapew­niają kupujących o możliwości użytkowania tych urządzeń na­wet do 40 lat. Ale żywotność grzejników może być znacznie krótsza, jeśli nie będą przestrze­gane określone wymagania eks­ploatacyjne.

■ Wymagania eksploatacyjne

Instalacja centralnego ogrzewa­nia, w której zainstalowano grzej­niki stalowe płytowe musi speł­niać określone wymagania.

♦ Powinna stanowić system za­mknięty i być zabezpieczona prze­ponowym naczyniem wzbiorczym.

♦     Źródłem ciepła może być węzeł wymiennikowy lub kocioł mocy cieplnej do 0,5 MW. Nie można stosować grzejników stalowych płytowych w instalacjach podłą­czonych do sieci cieplnej przez hydroelewator lub węzeł zmiesza­nia pompowego.

♦      Maksymalna temperatura wo­dy nie powinna przekraczać 95°C. Dystrybutorzy grzejników często wabią klientów podając tempera­tury robocze przekraczające 100°C, a tymczasem nie ma to większego znaczenia. Trzeba bo­wiem pamiętać, że tak wysoka temperatura wody w instalacji wiąże się z wysokim ciśnieniem. Ponadto tzw. temperatura dotyko­wa grzejnika, czyli temperatura powierzchni zewnętrznej nie po­winna przekraczać 90°C. Wyższa temperatura powierzchni grzejni­ka powoduje przypiekanie i roz­kład cząsteczek kurzu, które osa­dzają się na grzejniku. Zjawisko to ma niekorzystny wpływ na sa­mopoczucie ludzi.

♦     Ciśnienie robocze powinno być ustabilizowane i zaleca się, aby nie przekraczało 0,4 MPa, a ciśnie­nie próbne – 0,6 MPa. Podczas próby szczelności nie można prze­kraczać ciśnienia próbnego poda­wanego przez producenta grzejni­ka. Przekroczenie ciśnienia powo­duje zmiany kształtu grzejnika i utratę gwarancji.

♦     Instalacja c.o. powinna być szczelna, ubytki wody w ciągu ro­ku nie mogą przekraczać 5%.

♦     Woda w instalacji powinna spełniać wymagania polskiej nor­my PN-93/C-04607. Norma ta okre­śla wskaźniki jakości wody (twar­dość ogólną, odczyn pH, zawar­tość tlenu i jonów agresywnych) w zależności od rodzaju materia­łów użytych w instalacji.

♦     Poza wypadkami awaryjnymi niedopuszczalne jest opróżnianie instalacji z wody.

♦     Grzejniki stalowe płytowe można montować w instalacjach z tworzyw sztucznych, stali oraz miedzi. Ze względu na różny po­tencjał elektrochemiczny różnych metali, nie powinno się dopusz­czać do ich bezpośredniego kon­taktu. W instalacjach miedzia­nych korzystne jest stosowanie armatury (zaworów, rozdzielaczy) z miedzi, mosiądzu lub stali nie­rdzewnej oraz stosowanie prze­kładek dielektrycznych, np. teflonowych w miejscu łączenia mie­dzi z innym materiałem.

Oferta grzejników płytowych sta­lowych na naszym rynku jest bo­gata. Dla porównania podaliśmy w tabeli parametry dotyczące grzejnika typ 11 – jednopłytowe- go z ożebrowaniem konwekcyj­nym, z zasilaniem z boku, wydaj­ności około 1000 W i wysokości 600 mm. W tabeli podano cenę grzejnika wraz z odpowietrzni­kiem, wieszakami, stalowym kor­kiem zaślepiającym oraz osłoną górną i bocznymi. Ceny pochodzą ze stycznia 1996 r. i zawierają po­datek VAT, uzyskaliśmy je bezpo­średnio u importerów bądź produ­centów. Koszt zakupu grzejników płytowych do przeciętnego domu jednorodzinnego wynosi od 1500 do 3000 zł.

Kupując grzejnik warto zwrócić uwagę na to, czy ma on decyzję o dopuszczeniu do obrotu i stoso­wania w budownictwie wydaną przez COBRTI Instal. Zgodnie

z ustawą „Prawo budowlane” od i stycznia 1995 r. obowiązują cer­tyfikaty zgodności z aprobatą techniczną, wyżej wymienione decyzje są ważne do momentu ich wygaśnięcia.

Jak kupować okna

Takie pytanie zadaje sobie wiele osób, które zamierzają wybrać okna do mieszkania, domu czy biura. W poniższym tekście – pierwszej części cyklu artykułów poświęconych tej tematyce – przedstawiam okna drewniane oraz profile plastikowe i aluminiowe. Podpowiadam, na co należy zwrócić uwagę przed zakupem.

Podstawowe materiały, z których wykonuje się profile okienne, to:

♦     drewno,

♦     plastik (modyfikowane PCW),

♦     aluminium.

Ponadto na rynku występują profi­le z klejonego żywicą włókna szklanego, aluminiowo-drewniane, tłoczone z masy drzewnej oraz sta­lowe. Rozważania nad wyborem materiału ograniczę jednak do trzech pierwszych. Są one najpopu­larniejsze i występują na rynku od dawna, co stwarza możliwość ich oceny.

■ Okna drewniane

Drewno jest najstarszym materia­łem używanym do produkcji okien, ale obecnie technologia produkcji okien drewnianych oraz stosowane materiały są znacznie nowocześ­niejsze niż kiedyś. Okna szwedzkie (w których ramiak skrzydła skręcany jest śrubami) i okna skrzynkowe (o niezależnie zamykanych skrzydłach, z szeroką ramą ościeżnicy) są obecnie coraz rzadziej stosowane. Wadą okien szwedzkich jest – nawet, gdy są bardzo dokładnie wykonane – nie­szczelność międzyszybowa. Powo­duje ona: praktyczne zniweczenie izolacji cieplnej uzyskanej przez znajdujące się pomiędzy szybami powietrze, zjawisko zaparowywania szyb, powstawanie „kwiatów mrozowych” oraz dostawanie się brudu pomiędzy szyby. W oknach o konstrukcji skrzynkowej, w któ­rych wprawdzie warstwa powie­trza znajdująca się między szybami jest dużo grubsza, co częściowo ni­weluje wadę nieszczelności, też występują wszystkie wyżej wymie­nione negatywne zjawiska. Ponad­to okna skrzynkowe – z szerszą ra­mą skrzydła i ościeżnicy – zabierają więcej światła niż okna szwedzkie. Polecam okna o nowoczesnej kon­strukcji jednoramowej.

Gatunki drewna stosowane do pro­dukcji okien to sosna, mahoń oraz dąb. Nie polecam okien wykona­nych z drewna dębu. Dębina zawie­ra duże ilości garbnika niszczącego okucia, jest twarda, mało elastycz­na, trudna w obróbce i ciężka. Bar­dzo dobrym materiałem na ramy okienne i ościeżnice jest drewno mahoniowe. Jest twarde i nie wy­maga większych zabiegów pielę­gnacyjnych. Okna mahoniowe są jednak drogie. Podczas oglądania takich okien u producenta warto wykonać małą próbę. Spróbujmy paznokciem zarysować profil. Jeże­li powstanie zagłębienie, to znaczy, że profil wykonano z makory – miękkiego drewna o barwie ma­honiu. Szkoda naszych pieniędzy, nawet gdy okno jest tanie i wydaje się dobrze wykonane. Najczęściej jednak okna wykonuje się z drewna sosny. Materiał uży­wany do produkcji powinien być najwyższego gatunku. Ważny jest regularny, podłużny przebieg sło­jów, regularne i wąskie przyrosty roczne. Niestety nie jesteśmy w stanie sprawdzić, w jakich wa­runkach drewno było suszone i czy nie było odżywicowane. Okna drewniane wymagają bardzo dokładnego wykonania, dobrego materiału i narzędzi. Oglądając je u producenta, należy zwrócić uwa­gę na następujące elementy:

♦ czy profil pomalowany jest transparentnie, czyli w taki spo­sób, że możemy zobaczyć rysu­nek drewna; pod grubymi po­włokami malarskimi producenci starają się często ukryć wady drewna, takie jak: sęki, wypeł­nienia, żywica, sinizna, nieregularność przebiegu słojów oraz poprzeczne klejenie profili. Waż­ne jest również, aby producent sprzedawał okna z wykonaną powłoką końcową, a nie tylko zabezpieczone (zagruntowane); malowanie fabryczne (najlepiej transparentne) jest zwykle do­kładniejsze niż samodzielne;

♦     czy profil klejony jest wzdłuż­nie; tak klejony profil ma mniej­szą tendencję do wypaczania się;

♦     czy uszczelka umieszczona jest na skrzydle; uszczelka zainstalo­wana na ościeżnicy jest bardziej narażona na działanie wilgoci i słońca oraz może zostawiać po paru latach trudne do usunięcia ślady na skrzydle;

♦     czy profil ościeżnicy zaopatrzo­no w rynienkę odprowadzającą wodę.

Niekorzystną cechą okien drewnia­nych jest konieczność ich konser­wacji oraz większy kłopot z ich myciem (powierzchnia profilu jest zwykle lekko chropowata). Drewno jest materiałem porowatym i po ja­kimś czasie zewnętrzne powłoki zostają wymyte przez deszcz i wy­palone przez słońce. Wtedy czeka nas uciążliwe zdzieranie starej po­włoki (trzeba to wykonać bardzo dokładnie, gdyż zdarcie drewna wraz z farbą powoduje zmianę kształtu i szczelności profili), a na­stępnie dokładne pomalowanie po­wierzchni. Prace te należałoby wy­konać po uprzednim wyjęciu szyby i odkręceniu okuć (a tego, ze względu na skomplikowaną konstrukcję urządzenia nie powinniśmy robić sami).

Do wad profilu drewnianego zali­czyłbym zastosowanie tylko jednej uszczelki pomiędzy ościeżnicą a skrzydłem (w rozwiązaniach standardowych) oraz brak odpro­wadzenia wody z przestrzeni pod szybą. Może to powodować nisz­czenie profilu w tym miejscu. Okna drewniane są wrażliwe na cykl zawilgocenie-wysuszenie: gni­ją w miejscach nie zabezpieczo­nych i wypaczają się. Do niewątpliwych zalet profili drewnianych zaliczyłbym ich natu­ralny wygląd (pod warunkiem, że nie są zbyt grubo pomalowane) oraz wrażenie ciepła, jakie daje drewno.

■ Okna z profili PCM

Prawie 40 lat temu w Niemczech użyto do produkcji okien profili z plastiku (modyfikowanego PCW). Profil z PCW spełnia wymagania producentów – zachowuje stabil­ność kształtu, wymiaru, jest łatwy w obróbce mechanicznej oraz ocze­kiwania użytkowników – wykona­ne z niego okna są trwałe, a kon­serwacja ich prosta. Dwa podstawowe typy profili z PCW. Profile te występują w wielu odmianach (np. z wewnę­trzną płetwą, z różnym rozmiesz­czeniem komór powietrznych, z różnym kształtem tych komór).

Oglądając przekrój profili przed za­kupem, warto zwrócić uwagę na wymienione poniżej elementy.

♦     Profil – zarówno skrzydła, jak i ościeżnicy – powinien być trójkomorowy.

♦      Grubość stalowych elementów wzmacniających – najlepiej 2  mm oraz wzmocnienia wykonane ze stali ocynkowanej. Często poka­zywane przez handlowców w prze­krojach, zamknięte, stalowe profile wzmacniające są zwykle jedynie chwytem reklamowym, podobnie jak rzekome wzmocnienie profilu wkładką aluminiową – niekiedy stosowane w słupku ze względów konstrukcyjnych. Żaden z produ­centów nie wzmacnia profilami aluminiowymi skrzydeł i ościeżnic, a zamknięte profile ze stali ocynko­wanej stosowane są praktycznie je­dynie w konstrukcjach drzwi wejściowych. Mimo zapewnień han­dlowców w profilach okiennych nie są również stosowane specjalne, zgrzewane łączniki naroży. Aby sprawdzić, czy okno wyposa­żono w usztywnienia i czy są one właściwie zamocowane, wystarczy obejrzeć okno po stronie przymurowej ościeżnicy. W dobrym roz­wiązaniu powinny być widoczne łby śrub mocujących profil stalowy do ościeżnic. Śruby powinny być rozmieszczone w narożach oraz w pobliżu zawiasów.

♦ Rodzaj profilu oraz uszczelki. W rozwiązaniu podstawowym pro­ducenci stosują dwie uszczelki. Zwykle jedna umieszczona jest na profilu ościeżnicy i przylega do profilu skrzydła. Jest ona pierwszą zaporą dla czynników zewnętrz­nych (wiatr, deszcz, kurz, hałas). Jeżeli profil skrzydła pozbawiony jest choćby okapnika osłaniającego uszczelkę z góry, to zwykle jest ona bardziej narażona na działanie wilgoci i słońca (czego materiał uszczelki raczej nie lubi). Ponadto uszczelka po dłuższym czasie użyt­kowania może zostawiać wyraźny ślad na skrzydle. Druga uszczelka – umieszczona na profilu skrzydła – przylega do ościeżnicy i stanowi ostatnią zaporę przed wnętrzem pomieszczenia. Jeżeli decydujemy się na rozwiązanie z przesuniętą płaszczyzną skrzydła, to zwykle będziemy mieli do czynienia z powyższym układem uszczelek.

Radzę wtedy wybierać model wy­posażony w dodatkowy okapnik. Aby polepszyć osłonę uszczelek oraz szczelność akustyczną profili, opracowano układ profili współpłaszczyznowych. W tym rozwią­zaniu okapnik jest integralną czę­ścią profilu skrzydła i osłania uszczelkę zewnętrzną na całym ob­wodzie okna. Łatwiej go myć i jest bardziej estetyczny. Osobiście je­stem zwolennikiem profilu współpłaszczyznowego. W celu jeszcze lepszej ochrony uszczelki zewnętrznej opracowano kolejne rozwiązanie konstrukcyjne – przeniesiono uszczelkę w głąb ze­stawu profili. W ten sposób po­wstała odmiana profilu ościeżnicy z płetwą wewnętrzną. W niektó­rych profilach ościeżnicy płetwę stanowi właśnie uszczelka we­wnętrzna, która zamocowana na ościeżnicy przylega do profilu skrzydła i jest równocześnie ścian­ką rynienki odwadniającej. Uwa­żam to za rozwiązanie korzystne dla producenta okien, lecz kłopotli­we dla użytkownika, ze względu na zmniejszenie żywotności zawilgo­conej uszczelki oraz uciążliwości podczas mycia okien. Uwzględnia­jąc to, skonstruowano profil z płe­twą wewnętrzną, która będąc inte­gralną częścią profilu, jest jedną ze ścianek korytka odwadniającego oraz jest oparciem dla wewnętrznej uszczelki zamocowanej na skrzy­dle.

Według mnie najlepszym rozwiąza­niem jest profil z dwiema uszczel­kami umieszczonymi na skrzydle (ochrona przed wilgocią i słońcem, łatwiejsze mycie ościeżnicy, brak śladów na zewnętrznej stronie ościeżnicy), z trwałą płetwą we­wnętrzną o łagodnym, nie kaleczą­cym rąk kształcie oraz z okapnikiem stanowiącym integralną część profilu skrzydła. W tym rozwiąza­niu czasami stosowana jest rów­nież trzecia uszczelka znajdująca się tradycyjnie na ościeżnicy. Jest ona stosowana po stronie ze­wnętrznej, uszczelnia ewentualne nieszczelności na płetwie powstałe w razie niedokładnego montażu okna.

Rozwiązanie z płetwą wewnętrzną ma mniejszy zakres regulacji usta­wienia skrzydła wobec ościeżnicy zależny od wysokości płetwy. Wy­maga to bardzo starannego monta­żu okna oraz dokładnego wyregu­lowania okuć.

Gdy nie ma trzeciej uszczelki na ościeżnicy, to wielkość komory po­wietrznej, która tworzy się po za­mknięciu okna, jest mniejsza niż w rozwiązaniu podstawowym.

♦ Barwa profilu – na rynku prze­ważają profile w kolorze białym. Można spotkać dwa odcienie bieli: cieplejszy – z tonem kości słonio­wej, oraz zimniejszy – z tonem nie­bieskim. Na kolor profilu producent daje zwykle pięcioletnią, a czasami dziesięcioletnią gwarancję. Po tym okresie kolor używanego profilu będzie różnił się od koloru profilu nowego.

Jestem przeciwnikiem kupowania okien z magazynu lub ze składu. Zwłaszcza wtedy – a tak zwykle bywa – gdy okna są składowane „pod chmurką” lub tylko pod wia­tą, a nie w zamkniętym pomiesz­czeniu. Może się zdarzyć, że w tej samej składowanej partii znajdą się okna o zauważalnej różnicy w odcieniu. Nie ma tego problemu, gdy okna są wykonywane na zamó­wienie i pochodzą z tej samej par­tii. Polecam więc kupowanie okien na zamówienie (nawet okien o ty­powych wymiarach) i wcześniejsze planowanie ich kupna oraz – jeżeli jest to możliwe – niezamawianie ich w okresie jesiennym ze wzglę­du na sezonowe spiętrzenie zleceń u producentów.

♦ Sposób barwienia profilu. Moż­na kupić okna imitujące swoim ko­lorem okna drewniane lub barwio­ne na inny kolor. Efekt taki uzysku­je się zwykle, wprasowując na gorąco w biały profil specjalne fo­lie barwne. Zwykle – ze względu na wygląd fasady – okna barwi się po stronie zewnętrznej, od we­wnątrz pozostawiając profil biały. Trwałość takiego rozwiązania, ze względu na duże obciążenia ciepl­ne profilu dwukolorowego (więk­sza różnica temperatury pomiędzy zewnętrzną powierzchnią ciem­niejszą a jasną wewnętrzną) zale­ży od klasy producenta profilu. Okna dwukolorowe nie mają gwa­rancji dłuższej niż 5 lat, a w razie głębokiego zarysowania folii wi­doczny jest pierwotny, biały kolor profilu. Podobne zastrzeżenia mam do profili lakierowanych, w któ­rych łatwo zarysować zewnętrzną powlokę. Ponadto wszystkie zgrze­wane łączenia profili powierzch­niowo barwionych nie wyglądają estetycznie. Po zgrzaniu i ofrezowaniu malowane są specjalnym flamastrem o zbliżonej barwie. Psuje to efekt jednolitości barwy i wzoru. Polecam więc profile bar­wione w masie – daje to efekt bar­wy od zewnątrz i od wewnątrz po­mieszczenia. Czasami profile bar­wione w masie są zewnętrznie pokrywane wtapianymi foliami o wzorze drewna lub o szorstkiej powierzchni.

Gładkość powierzchni przekro­ju poprzecznego profilu oraz struktura tworzywa. Profile szyb­ko tłoczone mają „luźniejszą” strukturę tworzywa: na powierzch­ni – patrząc „pod światło” – widać delikatne smugi. Profile te są mniej stabilne, bardziej miękkie, łatwiej ulegają zanieczyszczeniu. Profile wolno tłoczone nie mają tych wad, są bardziej trwałe, ale też dużo droższe. Stąd między innymi duże różnice w cenie okien. Jeżeli chcą Państwo mieć okna solidne, to niestety będą one sporo droższe.

♦ Ukształtowanie rynny odpro­wadzającej wodę deszczową. W profilach z wewnętrzną płetwą rynna ukształtowana jest w posta­ci wydzielonego, głębokiego, lecz wąskiego korytka. W profilach bez płetwy funkcję rynny deszczowej spełnia środkowa część profilu ościeżnicy. Należy zwrócić uwagę, czy dno tej rynny jest pochylone w kierunku zewnętrznym (pochyle­nie jest zazwyczaj nieznaczne, lecz dostrzegalne na przekroju profilu). To pochylenie ułatwia odprowadze­nie wody z rynny w stronę otwo­rów odwadniających. Gdy tego po­chylenia brak, może przy więk­szych ulewach dochodzić do przepełnienia i wlewania się wody do pomieszczenia. Również łatwiej osadza się tam brud nie spłukiwa­ny przez ewentualne opady.
♦     Jakość wykonania otworów od­wadniających na zewnętrznej po­wierzchni ościeżnicy. Ich staranne, maszynowe wyfrezowanie oraz za­opatrzenie w osłonki chroniące od wiatru wiele mówi o klasie produ­centa i staranności wykonania ca­łego okna.

■ Okna z profili aluminiowych

Profile wykonywane z aluminium można podzielić na dwa podstawo­we typy:
profil zimny jest w całości wykonany z aluminium i – podobnie jak profil plastikowy – składa się z zamkniętych komór powietrznych. Ten typ profilu stosowany jest powszechnie od dłuższego czasu. Jego podsta­wową wadą jest bardzo niski współczynnik izolacyjności cieplnej. Zdarza się, że okna lub drzwi wykonane z zimnego profilu aluminiowego przema­rzają w niskiej temperaturze. Obecnie jedynym miejscem, w którym można stosować tego typu profile, są wnętrza budyn­ków (ścianki działowe, drzwi wewnętrzne);

♦ profil ciepły  - stosowany w ścianach zewnętrznych. Za­stosowana w nim przekładka z tworzywa sztucznego spra­wia, że zewnętrzna część profi­lu nie styka się bezpośrednio z jego częścią wewnętrzną, a tym samym wkład z tworzywa jest elementem poprawiającym izolacyjność cieplną profilu.

Profile aluminiowe stosowane są głównie w budynkach użyteczno­ści publicznej, przy konstruowaniu fasad budynków i wystaw sklepo­wych. Budowane są z nich także ogrody zimowe – dostępne są sys­temy specjalnie w tym celu opra­cowane.

Profile aluminiowe oferowane są w bardzo szerokiej gamie kolorów – od naturalnego aluminium, po­przez biały, brąz, aż do złotego. Firma oferująca okna aluminiowe ustala przeważnie kilka kolorów podstawowych, dostępnych w ce­nie standardowej. Na zakup profilu w innym kolorze trzeba zwykle dłużej czekać i wymaga to dopłaty. Czasami kupno okna w innym niż podstawowy kolorze jest możliwe tylko wtedy, gdy zamawia się większą ich liczbę. Warto zwrócić uwagę na jakość po­włoki pokrywającej profil. Gładka, jednolita i przypominająca plastik powierzchnia świadczy o dobrej ja­kości pokrycia. Profil powinien być barwiony równomiernie na całej powierzchni – w przeciwnym wy­padku mamy do czynienia ze zwy­kłym lakierowaniem.

Profile alumi­niowe dużo łatwiej zarysować niż profile z PCW lub profile drewnia­ne. Zarysowania te są dużo bardziej widoczne i trudniejsze do ukrycia. Stosując te profile, należy szczegól­nie ostrożnie tynkować otwór okienny – są bowiem wrażliwe na działanie zaprawy budowlanej. O jakości okien wykonywanych z profili aluminiowych świadczą również miejsca połączeń – w na­rożach, przy poprzeczkach i słup­kach. Jeżeli powierzchnie profili poszczególnych elementów nie łą­czą się gładko (występują „schod­ki”), jeżeli na połączeniach wystę­pują między nimi nawet niewiel­kie szpary, jeżeli powłoka zewnętrzna jest w okolicach połą­czenia uszkodzona, to znaczy, że producent jest wyjątkowo niesta­ranny.

Profile aluminiowe łączy się na śruby lub na zaciski. Stosując zaci­ski, otrzymuje się sztywniejsze i bardziej trwałe połączenia naroż­nikowe. Na śruby łączy się zwykle tylko słupki. W łączonych na śru­by narożnikach powstaje najczę­ściej szpara między profilami i nie­dobry efekt schodków.

Uwagi dotyczące rozmieszczenia budowy przekroju profilu, uszcze­lek, odprowadzenia wody są iden­tyczne jak w przekroju plastiko­wym.

Na zakończenie kilka uwag o za­stosowaniu. Jeżeli poszukują Pań­stwo okien do mieszkania lub do­mu, to raczej polecam okna z pro­fili drewnianych lub plastikowych. Jeżeli myślą Państwo o zabudowie tarasu, budowie ogrodu zimowego lub innej przestrzennej konstruk­cji, to większe możliwości daje za­stosowanie ciepłych profili alumi­niowych lub niektórych systemów plastikowych. Jeżeli zaś Państwa celem jest przeszklenie dużej fasa­dy, to wymagania spełni raczej tyl­ko specjalny fasadowy system pro­fili aluminiowych.

Naprawa drewnianej więźby dachowej

Drewniana więźba dachowa, zwłaszcza wykonana z nie wysuszonego drewna, po długich latach użytkowania często ulega deformacji. Na skutek zsychania się drewna złącza rozluzowują się i wymagają wzmocnienia lub uszczelnienia. 0 naprawie niektórych elementów więźby dachowej pisaliśmy już . Poniżej przedstawiamy sposoby naprawy lub wzmocnienia innych, narażonych na uszkodzenia miejsc.

Do naprawy drewnianej więźby dachowej należy stosować drew­no suche, impregnowane, bez du­żych sęków, śladów sinizny oraz drewno nie uszkodzone przez owady.

Najczęściej występujące uszko­dzenia elementów drewnianej więźby dachowej to:

♦     butwienie dolnych końców krokwi, złączy oraz deskowa­nia (poszycia),

♦     rozluzowanie się złączy,

♦     ugięcia krokwi.

Osłabione, zbutwiałe dolne końce krokwi można wzmocnić (po uprzednim usunięciu warstwy zniszczonego drewna i ociosaniu krokwi), przybijając z obu stron nakładki z desek (nadbitki) grubo­ści 35-50 mm i szerokości równej szerokości krokwi. Bardzo znisz­czone końce krokwi należy usu­nąć, a uszkodzony odcinek zastą­pić nowym elementem (sztukówką), łącząc go z zachowaną częścią krokwi na zakład zwykły, nie krótszy niż dwie grubości kro­kwi. Tak dopasowaną sztukówkę wzmacnia się gwoździami, śruba­mi i klamrami. Gdy konieczne jest odciążenie krokwi – na czas na­prawy lub na stałe (na przykład przy ciężkim pokryciu dachowym) – połączenia te należy dodatkowo wzmocnić podporami.

Pojedynczą ugiętą krokiew moż­na wyprostować, podstawiając pod nią podporę. Górny koniec podpory należy oprzeć w miejscu największego ugięcia krokwi, a dolny o belkę stropową lub – pośrednio przez podkładkę – o dwie sąsiadujące ze sobą belki stropowe.

Gdy krokiew jest zniszczona tak, że nie nadaje się już do naprawy, należy wymienić ją w całości. Naj­pierw podpiera się łaty – umiesz­czając podporę z jednej strony przeznaczonej do usunięcia kro­kwi. Następnie wystające z łat lub desek gwoździe należy obciąć rów­no z powierzchnią elementów, uważając, aby nie naruszyć pokry­cia. Po ustawieniu nowej krokwi mocuje się do niej – przy użyciu drutu – łaty, zawijając jeden koniec drutu na wkręt wkręcony w koniec łaty, a drugi na gwóźdź wbity w krokiew. Wkręty wkręcamy w de­skowanie od dołu. Nie należy zamiast wkrętów używać gwoździ, gdyż w czasie wbijania łatwo moż­na uszkodzić pokrycie.

Odkształcającą się więźbę dacho­wą o konstrukcji krokwiowo-jętkowej usztywnia się przybijając do krokwi wiatrownice (deski gru­bości co najmniej 25 mm i szeroko­ści 10-15 cm). W każde połączenie deski z krokwią wbija się po dwa gwoździe. Wiatrownice umieszcza się pod i nad jętkami albo tylko nad jętkami pod kątem 35-45° do pozio­mu. Długość wiatrownic powinna być taka, aby łączyły one co naj­mniej trzy krokwie.

Więźbę dachową o konstrukcji płatwiowo-kleszczowej wzmacnia się w kierunku podłużnym, przybijając pod kątem 45° do pionu miecze. Je­den koniec mocuje się do słupa, dru­gi do płatwi. Dolny koniec miecza powinien opierać się o przybitą do słupa nakładkę. Miecze mogą być przybite z jednej lub z obu stron słupa. Wykonuje się je z desek gru­bości nie mniejszej niż 32 mm i sze­rokości 10 cm. Często zdarza się zbyt duże ugię­cie kalenicy dachowej spowodo­wane dużymi ugięciami krokwi. Przyczyną tego zjawiska może być nadmierne obciążenie krokwi po­kryciem, długie zaleganie śniegu lub zmiana pokrycia z lekkiego na cięższe. W tym wypadku – jeżeli krokwie nie uległy innym uszko­dzeniom – można kalenicę wy­równać za pomocą dodatkowej podpartej płatwi.

Osłabione złącze jętka-krokiew wzmacnia się, przybijając z obu stron złącza nakładki z desek gru­bości co najmniej 25 mm, używa­jąc gwoździ długości równej trzy­krotnej grubości nakładki. Ponadto pod nakładki od strony poddasza należy przybić podpórkę – nakład­kę podpierającą jętkę.

Często, przy zbyt szerokim rozsta­wie krokwi, zdarzają się ugięcia łat lub deskowania. Ugięcie takie usuwa się podpierając konstrukcję na całej wysokości połaci dodatko­wą krokwią.

Zniszczone pojedyncze odcinki łat lub desek można wymienić na nowe bez rozbiórki pokrycia. Wystarczy usunąć zniszczone łaty czy deski tuż przy krokwi, np. za pomocą piły płatnicy albo dłuta, uważa­jąc, aby nie uszkodzić pokrycia dachowego. Następnie należy uciąć nowe odcinki łat lub desek takiej długości, aby można je było umieścić między krokwiami w miejscu wyciętych. Tak przygo­towane odcinki łat lub desek po przybiciu do listew trzeba wsta­wić między krokwie w miejscu usuniętych i przybić do krokwi. W wypadku pokrycia z pa­py, nowe deski przed umieszcze­niem między krokwiami należy posmarować lepikiem.

Rozluzowanie złącza w więźbie dachowej następuje przeważnie na skutek wykonania jej z wilgot­nego drewna. Drewno wysycha, kurczy się i tworzy szczeliny w złączach. Naprawa tego rodzaju uszkodzeń polega przede wszyst­kim na dobiciu wystających gwoź­dzi, dokręceniu nakrętek na śru­bach oraz wprawieniu wstawek lub klinów.

 

Ściany z betonu komórkowego

Betony komórkowe – lekkie materiały budowlane o porowatej strukturze – są popularnym materiałem budowlanym. Charakteryzują się niskim współczynnikiem przewodności cieplnej oraz odpornością na działanie mrozu, ognia i korozji biologicznej.

W budownictwie najczęściej stosuje się betony ko­mórkowe autoklawizowane (poddane działaniu wy­sokoprężnie nasyconej pary wodnej oraz podwyższonej temperaturze). Betony komórkowe można podzielić na:

♦     konstrukcyjne, o wytrzymałości charaktery­stycznej na ściskanie nie mniejszej niż 4 MPa i gęstości objętościowej powyżej 550 kg/m3,

♦     izolacyjne, o wytrzymałości charakterystycznej na ściskanie poniżej 4 MPa i gęstości objętościo­wej do 550 kg/m3.

Podstawowymi składnikami do produkcji betonu ko­mórkowego są: piasek, wapno, cement oraz proszek glinowy. Czynnikiem porotwórczym jest wodór powstający na skutek reakcji glinu z wodorotlenkiem wapnia. Do produkcji stosuje się również popioły lotne zamiast piasku lub mieszaniny piasku z popio­łem. W Polsce stosowane są cztery metody produkcji betonu komórkowego oznaczanego odpowiednio symbolami BLB, PGS, SW i Unipol.

Polska jest, po Niemczech, drugim co do wielkości europejskim producentem betonu komórkowego. Obecnie w Polsce produkuje się betony komórkowe znacznie lepszej jakości niż dziesięć czy piętnaście lat temu – zaczęły one w końcu spełniać wymaga­nia normowe. Oprócz wyrobów krajowych dostęp­ne są na rynku wyroby niemieckich firm – Hebel i Ytong.

■ Zalety

Beton komórkowy ma dobre właściwości ciepłochronne i jednocześnie wytrzymałość na ściskanie wystarczającą do wybudowania kilkukondygnacyjnego domu. Daje się łatwo obrabiać, można go ciąć – podobnie jak drewno – zwykłymi narzędzia­mi ciesielskimi. Jest to istotne podczas docinania elementów oraz wykonywania bruzd instalacyj­nych.

Beton komórkowy to jedyny materiał pozwala­jący na wykonanie jednorodnych (jednowarstwowych) ścian zewnętrznych odpowiadających wymaganiom ochrony cieplnej bu­dynku [ko<0,45 W/(m2-K)].

Grubość ściany wykonanej z tego samego materiału nie powinna przekraczać 50 cm. Tylko z niemieckich betonów komórkowych można wybudować ściany cieńsze, których grubość po otynkowaniu nie prze­kracza 40 cm, a które spełniają mimo to wymagania normy cieplnej. Stosując elementy polskie, ścianę jednorodną grubości poniżej 50 cm można uzyskać jedynie wtedy, gdy wymuruje się ją na zaprawie ciepłochronnej lub klejowej.

Używając do murowania tradycyjnej zaprawy cementowo-wapiennej – aby spełnić wymagania nor­my cieplnej – należałoby wybudować ścianę grubo­ści ponad 60 cm. Materiały i robocizna są wówczas tańsze, ale bardzo gruba ściana powoduje powięk­szenie rzutu budynku i powierzchni dachu. Jeżeli wymiary zewnętrzne budynku są stałe, to gruba ściana zmniejsza powierzchnię użytkową domu co najmniej 10% – w domu o powierzchni 100 m2 traci­my wtedy 10 m2.

Zaprawy cementowo-wapienne powinno się stoso­wać do murowania ścian warstwowych.

■ Wady

Ujemną cechą betonów komórkowych jest znaczna nasiąkliwość i łatwość wchłaniania wilgoci z powie­trza. Nasiąkliwość związana jest z porowatością ma­teriału -jeśli pory w betonie komórkowym są otwarte, wtedy szybciej nasiąka on wodą, jeśli są za­mknięte, wtedy nasiąka znacznie wolniej.

Aby sprawdzić, z jakim materiałem mamy do czynienia, wystarczy przeprowadzić prosty test – próbkę betonu zanurzyć w wodzie. Gdy po pewnym czasie opadnie na dno naczynia, świadczy to, że pory są otwarte, jeśli nie – że są zamknięte.

 

Wytrzymałość silnie zawilgoconych elementów ule­ga znacznemu zmniejszeniu, podobnie dzieje się z właściwościami ciepłochronnymi, dlatego zawilgo­cone ściany z betonu komórkowego mogą zimą prze­marzać. Z tego względu również nie powinno się bu­dować z tego materiału ścian piwnic. Obowiązująca norma nie zaleca stosowania bloczków z betonu ko­mórkowego na wysokości poniżej 50 cm od poziomu terenu. Niemieccy producenci zezwalają na budowa­nie ze swoich elementów ścian piwnic, jeżeli od strony gruntu zastosuje się odpowiednią izolację przeciwwodną. Jednak ze względu na polskie realia – przede wszystkim niestaranne wykonawstwo – nie zaleca się budowania z betonu ścian poniżej pozio­mu terenu.

Beton komórkowy jest kruchy, dlatego wymaga szczególnie starannego transportu oraz zała­dunku i rozładunku.

 

■ Co można kupić

Decydując się na zakup elementów z betonu komór­kowego, trzeba dokładnie zapoznać się z ofertą fir­my. Bloczki o jednakowych wymiarach nie zawsze mają takie same parametry. Najczęściej oferowane są bloczki odmiany 400, 500, 600 i 700, różniące się gęstością pozorną i współczynnikiem przewodności cieplnej. Im wyższa odmiana, tym większa prze­wodność cieplna.

Elementy odmian 500 i 600 można stosować na ściany konstrukcyjne do wysokości trzech kondygnacji, a na ściany osłonowe – bez ogra­niczenia wysokości.

 

Odmiana 700 – o większej nośności – pozwala zmniejszyć grubość ściany, jednak jej właściwości izo­lacyjne są mniej korzystne. Można z niej budować ściany zewnętrzne warstwowe z materiałem ociepla­jącym na zewnątrz lub wewnętrzne ściany nośne. Oprócz bloczków oferowane są belki nadprożowe, bloczki docieplające żelbetowy wieniec stropu, ele­menty szalunkowe, dyle, płytki, płyty dachowe i stropowe. Taka oferta umożliwia zarówno projek­tującym, jak i budującym w tej technologii swobod­ne posługiwanie się materiałem. Najczęściej stosowane są elementy z betonu komór­kowego odmiany 600.

■ Jak kupować

Bloczki i płytki powinny mieć proste krawędzie i płaskie, równe płaszczyzny. Niedopuszczalne są wi­doczne pęknięcia i rysy. Barwa elementów powinna być jednorodna, ona również świadczy o składni­kach, z jakich jest wyprodukowany beton komórko­wy. Elementy z betonów komórkowych produkowa­nych z wapna i piasku są białe, a zawierające do­mieszkę popiołów lotnych – ciemniejsze (szare). Kupując wyroby z betonu komórkowego, należy zwrócić uwagę na wymiary elementów. W normach niemieckich dopuszczane są odchyłki 1,5 mm na dłu­gości i szerokości oraz 1 mm na wysokości. Polska norma dopuszcza większe odchylenia wymia­rów: wyroby w pierwszym gatunku – na długości 5 mm, na szerokości i wysokości 3 mm; elementy w drugim gatunku – na długości 10 mm, na szeroko­ści i wysokości 6 mm. Dzięki dokładniejszym wymia­rom możliwe jest wykonanie przegrody o równiej­szej płaszczyźnie, z mniejszymi spoinami i mniej­szym zużyciem zaprawy. Ma to znaczenie przy wykańczaniu powierzchni ścian.

Decydując się na tanie pozagatunkowe wyroby, oszczędzamy tylko na początku. W końcowym ra­chunku może się okazać, że gotowa ściana kosz­tuje znacznie więcej niż się spodziewaliśmy.

 

Gdy elementy mają małe odchyłki wymiarów, można stosować do murowania ścian specjalną zaprawę klejową. Zwiększa to wytrzymałość ściany 15-20% i przyspiesza wykonanie.

Obecnie polskie fabryki – w ślad za wytwórcami nie­mieckimi – paletują swoje wyroby. Elementy paletowane nie uszkodzą się w transporcie, a w czasie składowania nie zamokną. Podczas paletowania elementy są segregowane, a więc są dobre gatunkowo. Mimo tych zalet nie wszyscy chcą je kupować, bowiem do rozładowania i rozsta­wienia palet na placu budowy potrzebny jest żuraw.

■   Czy jest radioaktywny?

Opinie o ewentualnej szkodliwości betonu komórko­wego łączą się ze stosowaniem do produkcji niektó­rych odmian popiołów lotnych – odpadów technolo­gicznych przemysłu energetycznego, które czasem mogą wykazywać podwyższoną radioaktywność. Za­leży ona przede wszystkim od tego, w jakim stopniu wykorzystywane w elektrowni paliwo jest zanie­czyszczone pierwiastkami promieniotwórczymi. Dla­tego też producenci stosujący popioły lotne do pro­dukcji betonu komórkowego mają obowiązek kon­trolowania swoich wyrobów w zakresie emitowania przez nie promieniowania radioaktywnego.

 

Kupując elementy z betonów komórkowych produ­kowanych z dodatkiem popiołów lotnych, powinno się żądać badania radioaktywności. Bezpiecz­niej jest kupować wyroby z dużych wytwórni – mamy wtedy większą gwarancję, że do produk­cji wykorzystano tylko przebadane popioły.

 

Badania radioaktywności różnych materiałów bu­dowlanych wykazały, że wyroby zawierające piasek i wapno są najmniej radioaktywne. Są to betony ko­mórkowe niemieckie oraz polskie białe – BLB.

■   Akustyka przegród

Ściany zewnętrzne budynku powinny skutecznie za­bezpieczać jego mieszkańców przed hałasem. Izola­cyjność akustyczna przegrody nie zależy jedynie od materiału, z jakiego zbudowano ściany, ale również od zastosowanych okien i drzwi. Przyjmuje się, że ściana jednorodna, która spełnia wymagania normy cieplnej, jest również poprawna pod względem aku­stycznym.

Bardzo istotne jest, jak buduje się ściany między do­mami szeregowymi. Wymagania akustyczne będą spełnione, jeśli sąsiadujące budynki rozdzieli się ścianą podwójną z pełną dylatacją – od fundamentu aż po dach. Tylko taka konstrukcja zapewni komfort akustyczny w każdym budynku.

■   Kalkulacja kosztu ściany

Aby pokazać, jak kształtuje się koszt wykonania ściany, porównaliśmy oferty konkurujących ze sobą firm. Decydując się na jednomateriałową ścianę z betonu komórkowego – oprócz kosztu bloczków i zaprawy – należy uwzględnić również jej masę. Fundament pod lżejszą ścianę ma mniejsze wymiary, więc jest tańszy. Cięższa ściana to zazwyczaj ściana grubsza, o większej liczbie elementów. Tak więc i koszt transportu jest wtedy większy. Równie istotny jest współczynnik k0 – im niższy, tym ściana jest cieplejsza.

■ Założenia wyjściowe

Kalkulacją objęto ściany pełne o wymiarach 4 x 2,5 m = 10 m2 bez tynku zewnętrznego i we­wnętrznego. Przyjęto, że są to ściany budynku jedno­kondygnacyjnego, w którym ściany mają wysokość mniejszą niż 4,5 m – nie uwzględniono kosztów sprzętu do transportu pionowego materiałów. Do kosztorysu przyjęto stawki i narzuty będące war­tościami średnimi w kraju w I kwartale 1996 r. dla robót inwestycyjnych budowlanych. Średnie krajowe ceny materiałów przyjęto według danych SEKOCENBUDU, zużycie materiałów – we­dług Katalogu Nakładów Rzeczowych (KNR) lub na podstawie informacji producenta. Przedstawiona w tabeli ściana z bloczków murowa­nych na zaprawie cementowo-wapiennej jest za gru­ba i powinna być zastąpiona ścianą warstwową. W konkursie DOM DOSTĘPNY  wielu projektantów w swych pracach proponowało ściany z betonu komórkowego. Były to ściany warstwowe z bloczków 24 x 24 x 59 cm i ma­teriału termoizolacyjnego, najczęściej 5-10 cm styro­pianu z tynkiem akrylowym. Różnice kosztów wykonania takiej ściany i ściany jednorodnej zależą w dużym stopniu od wyboru spo­sobu ocieplenia. Omówienie tego tematu przedstawi­my w osobnym artykule porównującym różne meto­dy ociepleń.

■ Jak murować

Murując ściany z bloczków i płytek z betonu komór­kowego, należy przestrzegać poprawnego wiązania, zachowując zasadę mijania się spoin w kolejnych warstwach. Ściany konstrukcyjne tej samej kondy­gnacji powinny być wykonane z elementów jednako­wej odmiany i na tej samej zaprawie. Marka zapra­wy stosowanej do murowania powinna być dobrana do odmiany bloczka.

Ściany zewnętrzne grubości do 36 cm można wyko­nać jako jednowarstwowe – z bloczków tej grubości. Odstęp między spoinami pionowymi nie powinien być mniejszy niż 6 cm. Gdy ściana ma grubość więk­szą niż 36 cm, łączy się różne elementy, na przykład w ścianie grubości 43 cm – bloczki grubości 30 cm i płytki 12 cm lub bloczki 24 cm i płytki 18 cm. W ko­lejnych warstwach muru należy wbudowywać ele­menty tak, aby na licu ściany w jednej warstwie znajdował się bloczek, w następnej – płytka.

Dobrą izolacyjność cieplną ściany z betonu komórkowego można uzyskać stosując zaprawy ciepłochronne. Najbardziej znana jest zapra­wa Termor, w której funkcję lekkiego wypeł­niacza spełniają granulki spienionego poli­styrenu. Izolacyjność cieplna zaprawy odpo­wiada izolacyjności cieplnej lżejszych odmian betonu komórkowego.

Innym sposobem uniknięcia mostków cieplnych jest zastosowanie zaprawy klejowej – na przykład KB-15 firmy Atlas lub zapraw firm Ytong, Hebel i innych producentów. Metoda klejenia pozwala uzyskać cien­kie 2 lub 3-milimetrowe spoiny. Jest to możliwe tyl­ko wtedy, gdy elementy wyprodukowane są z nor­mowymi odchyłkami właściwymi dla pierwszego ga­tunku.
Bloczki przed ułożeniem zaprawy klejowej należy ręcznie przeszlifować.
Polscy producenci w ślad za producentami niemieckimi starają się oferować inne elementy, na przykład nadproża lub dyle, które ułatwiają i przyspieszają wykona­nie ściany. Niestety, choć ceny tych elementów nie są wygórowane, wykonawcy nie interesują się nimi.

■ Na placach

Na większości polskich budów do murowania ścian z betonu komórkowego używa się zwykłych zapraw cementowo-wapiennych, zamiast zaprawy ciepło- chronnej Termor, a co gorsze spoiny nie mają grubo­ści 1-1,5 cm, lecz często 2, a nawet 3 cm. Takie wy­konawstwo zaprzecza sensowi stosowania betonu komórkowego, którego izolacyjność cieplna jest znacznie wyższa niż zapraw. W miejscach spoin po­wstają mostki cieplne, które mogą doprowadzić do przemarzania ścian. Zaobserwować można także, że obtłuczone rogi bloczków zarzucane są zaprawą lub „łatane” innymi materiałami, na przykład cegłą. Ta­kie postępowanie prowadzi do znacznego zmniej­szenia izolacyjności termicznej ściany. Inaczej wyglądają budowy, na których muruje się z elementów firm Ytong i Hebel.

Na każdej budowie gdzie stosuje się ich wyroby, przewidziano obecność majstra-instruktora, który układa pierwszą warstwę bloczków i przeprowadza szkolenie z murowania w tym systemie. Ponadto osobom zainteresowanym są udostępniane kasety video z instruktażem murowania. Materiały dowożone są na plac budowy terminowo. Palety – rozładowywane wzdłuż projek­towanych i budowanych ścian. Minimalizuje to transport bloczków przed ich wbudowaniem. Przedstawiciele handlowi firm Ytong i Hebel doradza­ją, jakie elementy zastosować w budowanej konstruk­cji oraz wykonują kalkulacje materiałów. Prowadzą szkolenia i seminaria dla firm wykonawczych, archi­tektów, projektantów, inwestorów zainteresowanych wznoszeniem budynków z betonu komórkowego. Ro­dzimi producenci niestety jeszcze nie oferują takiego serwisu.

Zbierając materiały odwiedziliśmy budowy, na któ­rych stosuje się beton komórkowy. Większość inwe­storów kupuje wyroby polskie, jednak tylko nieliczni wznoszą ściany zgodnie z normą. Odwiedziliśmy również budowy, na których muruje się z elementów Hebla – osiedle 73 domów w Szcze­cinie, i Ytonga – osiedle pod Warszawą. Inspektorzy nadzoru potwierdzili, że bloczki są wykonane do­kładnie, a stosowanie zaprawy klejowej znacznie przyspiesza wykonanie ścian.

Polscy producenci pod wpływem konkurencji zaczęli się organizować – powstało Stowarzyszenie Bez­piecznej Prefabrykacji Betonowej. Podjęto różne działania, między innymi starania o poprawienie ja­kości polskich wyrobów. Należy mieć nadzieję, że niemiecka konkurencja się do tego przyczyni.

Jak oglądać projekty

Wszyscy mamy jakieś mniej lub bardziej uświadomione wyobrażenie naszego idealnego domu, jego architektonicznego charakteru i atmosfery panującej we wnętrzu. W pamięci przechowujemy obrazy budynków lub ich fragmentów, które kiedyś zobaczyliśmy i szczególnie nam się spodobały. Nie zawsze jednak potrafimy powiedzieć dlaczego chcemy, aby „u nas było podobnie”.

Wśród zapamiętanych domów są też takie, które stanowią nasz model negatywny. Poczuliśmy do nich niechęć, czasem nawet awersję, często z powodów dla nas oczywistych, chociaż trudnych do wytłumaczenia.

Mamy własne opinie i przesądy. Pró­bujemy racjonalizować sprawy tak ulotne i niejednoznaczne, jak prze­strzeń domu czy piękno jego pro­porcji. Z drugiej strony, w kwestii konkretnych rozwiązań użytko­wych, funkcji poszczególnych po­mieszczeń, materiałów budowla­nych, instalacji czy technologii, czę­sto kierujemy się uprzedzeniami. Nasze preferencje są efektem prze­czytanych lub zasłyszanych wy­rywkowych opinii. Ze zrozumia­łych względów dużo rzadziej wyni­kają z fachowej wiedzy. To one jednak, wraz z przekonaniem 0  możliwości bezkonfliktowej i względnie łatwej ich realizacji, składają się na idealny wizerunek naszego przyszłego domu. Wyobrażenie o naszym domu kon­frontujemy z rzeczywistością pod­czas pierwszych spotkań z archi­tektem lub przeglądając katalogi typowych projektów. Konfrontacja ta często bywa dość bolesna. Oka­zuje się bowiem, że nie istnieje projekt idealnego domu, pasujący do naszej sytuacji, że nasze prefe­rencje i oczekiwania są często względem siebie sprzeczne i nie tworzą spójnej całości. Jednocze­śnie uświadamiamy sobie istnienie wielu obiektywnych ograniczeń, wynikających na przykład z wy­miarów i kształtu naszej działki lub choćby z tak banalnej przyczy­ny, jak to, że dysponujemy ograni­czonymi środkami finansowymi. Zmuszeni jesteśmy pójść na liczne kompromisy.

Jeśli zleciliśmy wykonanie dla nas indywidualnego projektu domu, musimy przejść uproszczony kurs projektowania, poznać podstawo­we pojęcia i język, którym posłu­guje się projektant. Tylko wtedy efekt może w pełni usatysfakcjo­nować obie strony. Testem na sku­teczność tej nauki jest pierwsza faza projektu: koncepcja – stopień jej zrozumienia i akcep­tacji.

Gdy wybieramy gotowy, powta­rzalny projekt, sytuacja jest prost­sza, ale zarazem – trudniejsza. Prostsza, bo unikamy ryzyka zwią­zanego z tworzeniem prototypu wybieramy istniejący produkt. Trudniejsza, bo nasz wybór w ca­łości musi być kompromisem, zgo­dą na rozwiązanie, które zazwy­czaj nie w pełni pasuje zarówno do naszych subiektywnych wy­obrażeń o domu, jak i do obiek­tywnych okoliczności.

W Polsce nigdy nie mieliśmy nad­miaru dobrych projektów katalogo­wych. Przez dziesiątki lat budow­nictwo jednorodzinne traktowano jak niewygodny ideologicznie, choć chwilowo niezbędny margines. Nie stworzyliśmy nowoczesnego prze­mysłu budowlanego ani sensowne­go systemu finansowania. Nie po­wstał rynek oferujący gotowe do zamieszkania domy jednorodzinne. Nic więc dziwnego, że z projektami też nie jest najlepiej. Nie one jed­nak najskuteczniej zaśmieciły nasz krajobraz, lecz ich nieudolne, nie­fachowe przeróbki. Przykładów „poprawiania” typo­wych projektów jest mnóstwo. Zmiany w planie budynku bez uwzględnienia ich konsekwencji – konieczności zmiany kształtu da­chu, podwyższenia wysokości kon­dygnacji, bez świadomości, że trze­ba również zmienić schody, użycie zastępczych, innych niż w projek­cie materiałów budowlanych, zmieniających parametry cieplne i wytrzymałościowe konstrukcji – to tylko kilka najbardziej charak­terystycznych rodzajów „uspraw­nień”.

Przed samowolą budowlaną pro­jekty chroni dziś obowiązujące od niedawna prawo budowlane. Jed­nak na zmianę nawyków, wzrost kultury budowania i wyższe po­trzeby estetyczne całego społe­czeństwa przyjdzie chyba jeszcze trochę zaczekać.
Czym się więc kierować doko­nując wyboru projektu? Co trzeba wiedzieć i na co pa­trzeć, czytając opis tech­niczny i oglądając rysunki? Które miejsca w domu są szczególnie ważne?

♦       Przede wszystkim musimy mieć świadomość, że zakres zmian moż­liwych do przeprowadzenia w ra­mach gotowego projektu jest sto­sunkowo mały.

W szczególny sposób dotyczy to projektów niewielkich domów, któ­re wykonywano starając się racjo­nalnie obniżyć koszt. W każdym domu wszystkie elementy w jakimś stopniu od siebie zależą – w ma­łym domu zależą bardziej. Jest to naturalny efekt większego projek­towego rygoru. Rozmawiając z projektantem o ewentualnych zmianach staraj­my się zrozumieć jego punkt wi­dzenia i argumentację. Projektan­tów zgadzających się bez zastrze­żeń na wszystkie nasze propozycje traktujmy nieufnie. Z twórczości opartej na zasadzie: „proszę bar­dzo, nie ma sprawy” jeszcze nigdy nic dobrego nie wyszło. Czasami powinniśmy sami pytać o konsek­wencje proponowanych przez nas zmian.

♦       Pamiętajmy, że warunkiem „do­stępności” domu jest względna ła­twość jego wykonania. Szukajmy rozwiązań prostych.

Nie bójmy się, bo skromności for­my z prostactwem pomylić nie spo­sób. Nieskomplikowana bryła, pro­sty, klarowny plan to oszczędność czasu w trakcie budowy, a więc i pieniędzy.

♦       Oglądając projekt zaczynajmy jego analizę od wyobrażenia sobie miejsca, w jakim stanie nasz dom. Zastanówmy się, czy nie będzie on jedynym „obcym” elementem wśród otaczającej go zabudowy. Taka wyróżniająca się forma jest ogromnie zobowiązująca i zwykle bardziej odpowiednia dla innej niż mieszkalna funkcji budynku. Tak więc z otoczenia naszego przyszłego domu bierzmy wszyst­ko to, co inspirujące, sami w mia­rę możliwości jak najmniej w nie ingerując.

♦       Przeanalizujmy też naszą dział­kę. Dom, który na niej stanie, bę­dzie miał swoją wewnętrzną orga­nizację, pewien system zależności pomiędzy poszczególnymi częścia­mi wnętrza, co w mniej lub bar­dziej jasny sposób wynika z rysun­ków katalogowego projektu. To, czego w katalogu nie sposób odna­leźć, a co jest równie ważne, to związek wnętrza domu z otaczają­cą przestrzenią zewnętrzną. Sta­wiając budynek na działce, dzieli­my ją na kilka różnych stref, od­miennie usytuowanych względem zewnętrznego otoczenia działki. Strefy te mogą się stać naturalnym przedłużeniem stref wnętrza do­mu, powiększając je przestrzennie. W ten sposób mamy szansę wyko­rzystać racjonalnie podstawowy walor domu jednorodzinnego – własny teren. Warunkiem jest jednak wybór projektu, który uwzględnia wielkość działki oraz jej orientację.

Analizując orientację działki musi­my brać pod uwagę zarówno usy­tuowanie dojazdu (ulicy) względem stron świata, jak i widokową atrak­cyjność poszczególnych kierunków. Zawsze bowiem niektóre kadry warto wyeksponować, a inne za­słonić.

Pamiętajmy też, że nasz dom powinien być poprawnie zoriento­wany względem stron świata. Za­pewni to odpowiednie naturalne oświetlenie poszczególnych po­mieszczeń (zależnie od ich funkcji) i pozwoli oszczędniej gospodaro­wać energią. Ta, właściwa dla na­szej szerokości geograficznej, po­goń za słońcem łączy się tutaj z za­łożeniem, że zależnie od pory dnia z różną intensywnością używamy poszczególnych części mieszkania.

W podobny sposób orientujemy otoczenie budynku, nie pozwala­jąc, by w ciągu dnia dom zacieniał nam taras czy ogród.

♦       Wybierając projekt myślmy nie tylko o tym, czy dany budynek zmieści się na działce. Starajmy się również rozważyć proporcje po­wierzchni zabudowanej do pozo­stałej części działki – to jeden ze składników odpowiedzi na pyta­nie: „Czy dom ma być parterowy, czy z piętrem?”

♦       Wszystko to są proste, pod­ręcznikowe zasady (zawiera je również katalog „Dom Dostępny. 50 projektów domów jednorodzin­nych. Praktyczny poradnik MURA­TORA dla budujących wiasny dom”). Nie zawsze jednak praktyka po­zwala ściśle trzymać się tych za­sad. Na przykad preferowane ze względu na słońce kierunki mogą być jednocześnie nieatrakcyjne pod względem widokowym.

W którą stronę obrócić wówczas uprzywilejowaną elewację? Spra­wa komplikuje się jeszcze bar­dziej, gdy rozważamy problem „dostępności” naszej działki. Jej fragmenty z zewnątrz łatwo do­stępne, zarówno w sensie dosłow­nym, jak i widokowym, dobrze nadają się jedynie na powiązanie z reprezentacyną, oficjalną strefą budynku. Ta część działki łączy podjazd, garaż i wejście z ulicą, stanowiąc naturalne przedłużenie strefy publicznej. Nie zapewnia jednak równie potrzebnej izolacji, poczucia intymności i bezpieczeń­stwa.

 

Nasz stosunek do tego, co w domu bardziej publiczne, a co prywatne, co służy integracji, a co izolacji, jest sprawą zmienną, uwarunkowa­ną kulturowo. Charakterystyczne, że na przykład w tradycyjnej zabu­dowie wiejskiej „białą izbę” umieszczano od strony drogi, kuch­nię zaś lokalizowano od strony po­dwórza.

Zwyczaj ten, sprzeczny z kanonem modernistycznym, przetrwał w wielu krajach, również w zabudowie miejskiej. Szukając rozwiązania optymalne­go, staramy się zwykle dopasować plan budynku do sytuacji poprzez lustrzane odbicie projektu lub jego obrócenie. Zastanawiamy się, jak powinno być usytuowane wejście. Czy ma ono „patrzeć” na ulicę, na dom sąsiada (z reguły położony najbliżej), czy też na tył działki?. Wybieramy między całkiem różny­mi schematami rozplanowania bu­dynku. I w końcu gubimy się w zbyt dużej liczbie wariantów. Oczywiście dużo łatwiej jest do­konać wyboru, gdy orientacja działki jest korzystna, ale sytu­acja taka w rzeczywistości nie zdarza się często.

Zdecydowana większość katalogowych projek­tów domów jednorodzinnych od­powiada jednak właśnie sytuacji korzystnej – i nie jest to przypad­kowe. Do przeciętnych wyobrażeń o domu idealnym lepiej bowiem pasuje założenie, że na działkę wjeżdża się na przykład z północ­nego wschodu, a teren łagodnie opada na południowy zachód, otwierając piękny, szeroki widok na okolicę. Jednak banalne sytu­acje często rodzą kiepską archi­tekturę. To, co w niej najciekaw­sze, czerpie siłę z ograniczeń i trudności.

Pamiętajmy, że jednym z najważ­niejszych miejsc w domu, kluczem do oceny oglądanych propozycji projektowych, jest wejście do bu­dynku. Od niego powinniśmy roz­poczynać poznawanie kolejnych projektów tak, jak to się dzieje, gdy po raz pierwszy zwiedzamy nowo poznany dom. Wejście sta­nowi jego wizytówkę, jest jego rdzeniem. Od sposobu, w jaki zo­stało rozwiązane, zależy usytu­owanie wszystkich pozostałych, ważnych elementów wnętrza bu­dynku.

Wejścia szukamy zwykle w cen­tralnej części budynku. Jego lokali­zacja od strony szczytowej lub w narożniku wydłuża wewnętrzną komunikację i pasuje bardziej do wnętrz otwartych, jednoprzestrzennych.

Z usytuowaniem wejścia łączy się określony program użytkowy, uło­żony zwykle według stałej sekwencji. Sposób, w jaki wracamy do domu lub witamy gości, przez swą powtarzalność, zmienia się w rytuał. Oglądając projekt warto jeszcze raz odtworzyć ten rytuał – na nasz użytek. Garaż, ganek, sień, szatnia, toaleta, schody, drzwi do kuchni i do salonu będą stanowić jego scenografię.


Domy w Danii

Podróżując przez Danię, każdy chyba musi ulec urokowi tego kraju. Każdego, kto jest wrażliwy na piękno, uderza dominująca tu prostota i skromność – dla przybysza z Polski wyraźna przede wszystkim w budownictwie. Większość domów wygląda tak, jakby mieszkały w nich krasnoludki . Są urocze: nadzwyczaj skromne, ale bardzo zadbane. I tak maleńkie, że giną w otaczającej je zieleni.

W Danii na każdym kroku widać dbałość o otoczenie. Trudno tu znaleźć jakąkolwiek brzydotę. Wszystko wydaje się (i jest) czyste i zadbane – od stad niena­gannie czystych krów, owiec i kóz, przez otoczenie zakładów przemysłowych, stacji benzynowych czy hurtowni, po maleńkie skraweczki zieleni przy do­mach mieszkalnych. Owe pobocza i miedze obsadzo­ne są rozmaitą roślinnością, która wprost kipi zmie­niającymi się barwami. Gdy przekwitną żółte forsy­cje i łososiowe pigwowce, miedze fioletowieją od bzów, potem zakwitają tu jaśminowce, a po nich – białe kule buldeneży.

Takie bogactwo pasów roślinnych, wyznaczających granice posiadłości czy dróg, musi być wynikiem przemyślanej i celowej działalności. Czegoś takiego w Polsce nie uświadczysz: miedza? – ot, trochę roz­jeżdżonej wozami trawy, czasem jakaś dzika grusza w granicy i to wszystko. A pobocza? – papiery, butel­ki, worki po nawozach, stare dziurawe wiadra i mied­nice, a w najlepszym razie – pokrzywy i łopiany.

Osiedle domów, z którego pochodzą zdjęcia, jest odle­gle 14 kilometrów od centrum Kopenhagi. Mieszkają tu mało i średnio zamożni ludzie, z których wielu – jak z dumą podkreślali – zbudowało swe domy wła­snymi rękami. Działki są maleńkie jak chustka do no­sa, a mimo to na każdej z nich mieści się i dom, który wystarcza rodzinie z dziećmi, i garaż, i jeszcze ogró­dek – przed domem i w podwórzu. Przemierzywszy dziesiątki uliczek nie znalazłam ogrodu przydomowego, który byłby choć trochę za­niedbany. Trawniki wystrzyżone, liście wymiecione, na krzewach ani jednej suchej gałązki. Domy małe i skromne aż do bólu, a jednak wszyscy mieszkańcy osiedla, z którymi rozmawiałam, podkreślali, że są z nich niezwykle dumni i zadowoleni. Kilku z nich, gdy dowiedzieli się, że chciałabym pokazać ich domy czytelnikom polskim, poprosiło: „Niech pani napisze, że mój dom zbudowałem własnymi rękami. Że jestem dumny ze swojego ogrodu. Wszystko w nim to także moje dzieło”.

Nowe domy buduje się z bardzo dobrym ociepleniem. Mogłam to sprawdzić dokładnie na jednej z nowych budów w prezentowanym osiedlu. W ścianie warstwowej z bloczków wapienno-piaskowych była ułożona izolacja z 15 cm wełny mineralnej. Wszystkie potencjalne mostki termiczne były bardzo starannie ocieplone od zewnętrznej strony. W warstwie elewacyjnej wypatrzyłam otwory wentylacyjne, które zapewnią wentylowanie ściany na wypadek zawilgocenia izolacji termicznej parą wodną z wnętrza domu. Gospodarzy nie było, ale o tym, do czego służą te otwory i którędy uciekałoby ciepło, gdyby nie staranne wykonawstwo, wiedział sąsiad budującej się rodziny. To efekt wieloletniej działalności państwa duńskiego na rzecz energooszczędności. Każdy tu wie nie tylko, że musi oszczędzać energię: wie też, jak to się robi.

Wiele domów z prezentowanego osiedla powstało w kryzysowych w Danii latach sześćdziesiątych, część jest jeszcze starsza. Większość domów trzeba było potem docieplać, ale dziś praktycznie nie ma takich, którym brak dostatecznej izolacji termicznej. W mo­dernizacji domów pomagały preferencyjne kredyty i ulgi na inwestycje energooszczędne; działania pań­stwa sprzyjały więc racjonalnemu gospodarowaniu energią. A energia w Danii jest bardzo droga. Nikt nie może tu uzyskać pozwolenia na ogrzewanie elek­tryczne, ponieważ z punktu widzenia krajowej go­spodarki energią byłoby to nieekonomiczne. Domy mieszkalne w centrach dużych miast ogrzewa się stosunkowo tanim ciepłem z elektrociepłowni, a w osiedlach podmiejskich i małych miasteczkach – gazem lub ropą, których cena jako nośnika energii jest podobna. Część gospodarstw jest zasilanych prądem elektrycznym, pochodzącym z jedynego bo­gactwa naturalnego Danii – wiatru. Wszędzie więc tam, gdzie wiatru wystarcza, kręcą się wiatraki.

Wiatraki stanowią jedyne dominanty w krajobrazie duńskim. Wszelkie obiekty przemysłowe, handlo­we, magazyny, stacje obsługi samochodów, hurtow­nie i oczywiście domy mieszkalne są zaprojektowa­ne i zbudowane z pokorą wobec piękna tego, co za­stano. Po prostu prawie ich nie widać. Nie ma też nigdzie zjawisk tak powszechnych na naszych polskich osiedlach, gdzie każdy nowy dom musi za­dziwiać świat i okolice – jeszcze wyższą niż u in­nych wieżyczką, bardziej połamanym dachem, wymyślniejszą attyką. Nie ma rozłożystych pseudo- dworków na działkach, na których bez trudu mieści się tylko komórka na łopatę i grabie, nie ma luste­rek na elewacjach, czy kaczorów Donaldów na ścia­nach wiejskich domów. Wszystko, co w Danii moż­na zobaczyć z okien samochodu, wydaje się być ta­kie, jak pan Bóg przykazał: naturalne, proste i ani na jotę ponad stan.

Krajobraz Danii – zarówno wiejskiej, jak i w miastach i na przedmieściach – jest dla mnie najlepszą ilustra­cją zasady, której na wykładach z architektury na warszawskiej „lądówce” uczył profesor Stanisław Marzyński. Gdy opowiadał o arcydziełach architektury światowej, zwykł mawiać: „Ale proszę Państwa, żeby­ście zawsze pamiętali o tym, że najlepsza architektu­ra jest zawsze gorsza od wspaniałości przyrody, a naj­prawdziwsze dzieło architektoniczne – brzydsze od krzywego drzewa, które co wiosny odradza się do no­wego życia. Nie zapomnijcie o tym, kiedy wyszedłszy z murów tej uczelni zaczniecie projektować i budo­wać”.

Taksówkarza, który był też moim przewodnikiem po osiedlu kopenhaskich domów dostępnych, zagadnęłam o jego własny dom. Okazało się, że zbudował go niety­powo jak na Duńczyka, bo za gotówkę, z pieniędzy zarobionych w Australii, gdzie przez trzy lata był ma­larzem pokojowym. Budował dom samodzielnie, przez około rok. Przedtem przygotowywał się kilka miesięcy do tego budowania, ucząc się między innymi zasad ocieplania i wentylowania ścian, izolowania domu od wilgoci i prowadzenia instalacji. „Mojego domu nie da się zaliczyć do dostępnych” – powiedział wysłuchawszy opowiadania o i o naszym konkursie na mały dom dla młodej rodziny. „Jest za duży, niewielu Duńczyków może so­bie na taki pozwolić. Kiedy drugi z moich synów wy­prowadzi się »na swoje«, będę musiał dom sprzedać i kupić sobie mniejszy.” Dom mego przewodnika ma 150 m2.

 

Światło – atut wolności

Rozmowa z Ludomirem Słupeczańskim, starszym wykładowcą Katedry Rysunku, Malarstwa i Rzeźby Wydziału Architektu­ry Politechniki Warszawskiej.


Ja: Światło dzienne jest prawdziwie egalitarne – w przeciwieństwie do światła sztucznego. Czy tak?

Ludomir Słupeczański: W normach i przepisach jest egalitarne. To urbaniści powinni dbać o to, żebyśmy wszyscy mieli w miarę jednakowy dostęp do światła dziennego.

Ja: Codziennie dwie godziny słońca w domu?

L.S.: Właśnie. W życiu bywa gorzej, bo światło dzien­ne mamy, ale widoki są marne. Czasami sami jesteśmy sobie winni. Ten, kto mieszka w bloku, musi godzić się na zasłonięcie widoku przez ścianę sąsiedniego budynku. Ale może skrzyknąć sąsiadów i wspólnie z nimi posadzić na podwórku drzewa.

Ja: A ten, kto kupił sobie działkę?

L.S.: Jest w innej sytuacji. To wielka odpowiedzialność mieć kawałek Polski. Trzeba o niego dbać, nie zaśmie­cać go byle jaką architekturą, dobudówkami, blasza­nymi garażami, koszmarnymi rabatkami… Nasz umysł potrzebuje doznań estetycznych, kontaktu z przyrodą. Pozbawiając się tego kontaktu z własnej winy naraża­my się na zmęczenie i stres.

Ja: Ludzie w miastach dużo czasu spędzają w domu, w brzydkim otoczeniu, z brzydkim widokiem za oknem.

L.S.: Europa dziewiętnastowieczna oprócz kapitalizmu i klasy robotniczej urodziła kicz. Za oknem brudnej czynszówki widać było mur sąsiedniej kamienicy. Czło­wiek, który przecież przywędrował do miasta ze wsi za chlebem, nie wyglądał przez okno na ciasne po­dwórko pozbawione zieleni. Wieszał sobie na ścianie obraz – tani oleodruk, na którym było wszystko, za czym tęsknił: i góry, i wijąca się rzeka, i las, i łąka. A na pierwszym planie ryczący jeleń. I ten obraz to by­ło jego okno z pięknym widokiem. Dzisiaj tę funkcję pełni telewizor – pięknych widoków tam nie brakuje.

Ja: A jeżeli mamy to szczęście, że widok z na­szego okna jest piękny?

L.S.: To nie zasłaniajmy go. Bo Polacy lubią się zasła­niać. Sam się dziwiłem w Skandynawii, że nikt tam nie zasłania okien. Widać przez szybę, jak rodzinka siedzi przy stole, przechodzącemu nawet nieraz zro­bią rączką pa-pa. I jakoś się nie boją, że ich ktoś po­dejrzy. Myślę, że zasłanianie okien wieczorem ma wię­cej sensu. Człowiek woli sam widzieć niż być widzia­nym. A z ciemnej ulicy świetnie widać wnętrze miesz­kania. Nie każdy może to znieść i stąd te rolety, żaluzje, story, firany i falbany. Gdy jesteśmy widziani, a sami nie widzimy, tracimy poczucie bezpieczeństwa. Może nas obserwować ktoś zły. Ja: To jest atawistyczne zachowanie, z którym trudno walczyć. Ale wróćmy do salonu – pomówmy o oświetleniu tego wnętrza, gdy już po polsku zasło­nimy okna. Czy widzi Pan jakieś problemy, dotyczące oświetlenia dzisiaj, gdy w sklepach można kupić naj­wymyślniejsze lampy?

L.S.: Tu mamy nie jeden, lecz dwa problemy do roz­wiązania: pierwszy – problem wyboru, a drugi – od­powiedniego umieszczenia źródła światła. Ogranicze­nie się do jednego, nawet najpiękniejszego żyrandola na środku pokoju powoduje swoiście polski problem: ustawiczne zasłanianie sobie światła własnym cie­niem. Stąd biorą się powtarzane przez lata dykteryjki o Malinowskim, co pocałował w rękę zdziwionego Mańczaka, bo w niedostatecznym oświetleniu wziął go za jego małżonkę. Nie sposób obejrzeć obrazu, wy­ciągnąć właściwej książki z biblioteki lub zgoła spo­rządzić sobie drinka rzucając na inkryminowaną czyn­ność cień własnej, często dość okazałej postaci. Po prostu nie widać, co się robi. Ale żeby tego uniknąć, trzeba się trochę wysilić. Ludzie nie lubią zmian, mu­sieliby się na coś zdecydować, przerobić instalację, pójść do sklepu… To za dużo roboty, nawet jeżeli pie­niądze nie stanowią problemu.

Ja: Ale wybór jest naprawdę trudny. Wolałby Pan kicz czy „techno”?

L.S.: Możliwość wyboru to atut wolności. Kiedyś, gdy miało się jeden żyrandol, chciało się, żeby był naj­wspanialszy. Teraz, gdy stosuje się wiele punktów świetlnych, wybrałbym raczej te skromne, funkcjonal­ne. Z tych bardziej ozdobnych – może lampy witrażo­we, ale te prawdziwe, najlepiej od Tiffany’ego.

Ja: Dziękujemy za rozmowę.

Oświetlenie

Czy można stosować lampy halogenowe w łazience? Jak oświetlić przedpokój? Czy można zrezygnować z centralnego oświetlenia w pokoju dziennym?

Wyobraźcie sobie Państwo, że wchodzicie do wybudowanego właśnie własnego mieszkania lub domu. Wnętrze jest zupełnie pu­ste. W wyobraźni umeblowali je Państwo na wzór wnętrz z za­chodnich katalogów – no, może prawie… Jakie łatwe wydaje się zrealizowanie tych marzeń: trze­ba tylko wstawić meble, położyć dywany… i gotowe! Przecież wszystkie szczegóły były omawia­ne tysiące razy. Lekki niepokój od­czuwa się jedynie na myśl o oświetleniu, ale… chyba wy­starczy iść do sklepu i kupić „coś ładnego”?

Niestety zwykle okazuje się, że mieszkanie z wyobraźni nie chce pasować do rzeczywistego. To, co tak efektownie wyglądało na ilu­stracji w czasopiśmie, w realnym wnętrzu nie budzi już zachwytu. ‘ Ale prawdziwe trudności zaczyna­ją się przy zakładaniu oświetle­nia. Projektanci wiedzą, że ta chwila bezradności może ze zwy­kłego właściciela mieszkania uczynić ich klienta. Może, ale nie musi, ponieważ nie pozbawiony wyobraźni uważny Czytelnik „Muratora” może spróbować po­prawnie zaprojektować oświetle­nie w swoim mieszkaniu, trzyma­jąc się pewnych zasad i kierując się swoimi upodobaniami.

Pamiętajcie Państwo, że istnieje duża zależność między kolorystyką pomieszczenia a ilością światła po­trzebną do jego oświetlenia. Ciem­ne ściany i meble pochłaniają świa­tło – pomieszczenie wydaje się cie­mniejsze, więc do jego oświetlenia potrzeba żarówek o większej mocy, czyli większego zużycia energii. Dotyczy to nie tylko ścian malowa­nych farbą, ale również pokrytych tapetą, tkaniną czy boazerią. Bo­azeria na suficie (nawet jasna) po­chłania 2/3 światła.

Druga istotna sprawa to rodzaje oświetlenia. Do oświetlania miesz­kań najczęściej używa się zwy­kłych żarówek. Coraz popularniej­sze stają się lampy halogenowe i świetlówki kompaktowe. Należy pamiętać, że lamp halogenowych nie można stosować do oświetla­nia łazienek oraz do oświetlania blatów kuchennych (za bardzo się rozgrzewają), natomiast świetlów­ki kompaktowe nadają się do wszystkich pomieszczeń. Są bar­dzo oszczędne – zużywają 1/3 energii potrzebnej zwykłej żarów­ce, by uzyskać takie samo natęże­nie światła, a poza tym są o wiele trwalsze (żarówka świeci ok. 1000 godzin, a świetlówka – 10 000). Do lamp halogenowych i lamp ze świetlówkami nie wolno używać regulatorów natężenia oświetlenia (tzw. ściemniaczy).
By mogli Państwo poprawnie dobrać i rozmieścić oprawy oświetleniowe w mieszkaniu – jeszcze kilka infor­macji o oświetlaniu poszczególnych pomieszczeń.

■   Przedpokój

Jest miejscem, gdzie zdejmujemy płaszcz i kapelusz, witamy gości, tu – zanim wyjdziemy – ogarniamy w lu­strze ostatnim rzutem oka naszą wspaniałą postać. To początek miesz­kania i jego ostatni przyczółek przed wyjściem z domu. Dlatego oświetlenie tego szczególnego pomieszczenia po­winno być starannie wybrane. Dobrze sprawdzają się tu plafoniery i płaskie, przylegające do ściany kin­kiety (chyba że ktoś dysponuje obszer­nym hallem podwójnej wysokości). Najlepiej wyglądają oprawy o klo­szach z mlecznego szkła, łączone z innym materiałem, np. z metalem. Umieszczamy je w miejscach strategicznych: przy drzwiach wejściowych, w okolicy lu­stra, przy drzwiach do łazienki. Nie po­winny być za duże, by nie stały się ele­mentem dominującym, przeszkadzają­cym w tym wnętrzu. W długim lub za­giętym przedpokoju należy umieścić więcej niż jedno źródło światła. Dobrze jest jedną z opraw w przed­pokoju przeznaczyć na coś w rodza­ju światła ewakuacyjnego (z ener­gooszczędną żarówką). Zostawianie tej lampy zapalonej w nocy zwolni nas być może ze wstawania z łóżka, aby doprowa­dzić dziecko do łazienki.

■   Kuchnia

Z przedpokoju kobiety udają się za­zwyczaj do kuchni, gdzie zawartość ciężkich siatek powoli zamienia się w obiad.

Powinno się tu znaleźć oświetlenie ogólne, rozproszone, pomocne przy sprzątaniu i szukaniu rzeczy, które spadły z blatu.

Blaty robocze w kuchni dobrze jest doświetlić za pomocą specjalnych opraw podszafkowych lub reflektorków (ze zwykłymi żarówkami lub świetlówkami kompaktowymi) – ułatwia to w znacznym stopniu przygotowywanie posiłków. Haloge­ny są wykluczone ze względu na wysoką temperaturę żarówki. Do­datkowe oświetlenie przydaje się też nad zlewozmywakiem i kuchen­ką. Poszczególne lampy powinny mieć osobne włączniki. Jeżeli metraż kuchni na to pozwala, możemy urządzić tu kącik jadalny ze stołem do spożywania posiłków. Nad stołem wiesza się wówczas lampę (dobrze, jeśli ma regulowaną wysokość), kierującą światło bezpo­średnio w dół. Brzeg klosza należy ustawić na takiej wysokości, aby ża­rówka nie raziła naszych oczu, a klosz nie zasłaniał twarzy współ­biesiadników (75-90 cm nad stołem, o mocy co najmniej 100-150 W). Przysięgam, że to możliwe.

■ Pokój dzienny

Mężczyzna większą część dnia spędza w pracy, a wieczór – zwy­kle w pokoju dziennym (zwanym z angielska Imngiem), w pobliżu telewizora. Pokój ten jest nie tyl­ko miejscem odpoczynku, ale rów­nież naszym reprezentacyjnym sa­lonem, w którym przyjmujemy gości. Światło w żadnym wypadku nie może razić. Ustawiamy efektowne lampy stojące (spód klosza powinien znajdować się 95-105 cm nad podłogą), ściany rozświe­tlamy kinkietami lub lampami ha­logenowymi, mocowanymi na specjalnych prowadnicach, kieru­jącymi światło w górę. Lampy sto­jące najlepiej ustawić z tyłu za krzesłami, fotelami i kanapami, nieco przed biurkami. Możemy za­prezentować cenne zbiory lub pa­miątki rodzinne, oświetlając je specjalnymi lampami wystawien­niczymi. Oświetlenie na środku sufitu (jeżeli zdecydujemy się je pozostawić) spełnia w pokoju dziennym jedynie funkcję po­mocniczą.

Najniższa wymagana moc oświe­tlenia ogólnego w pokoju po­wierzchni 20 m2 wynosi 50 W, na­tomiast do czytania potrzeba już 100, a nawet 150 W. Do oglądania telewizji wystarcza mniejsze natę­żenie światła – przydatny jest wówczas regulator natężenia światła (można go stosować wy­łącznie do zwykłych żarówek).

■ Sypialnia

Oświetlenie sypialni budzi naj­mniej wątpliwości. Do wnętrza tego wybiera się na ogół lampy nocne dające ciepłe, nastrojowe światło spod abażurów lub bibuł­kowych lampionów. Niektórzy od lamp romantycznych wolą funkcjo­nalne oprawy mocowane do ścian przy łóżku. Mają one niewątpliwą zaletę – nie zabierają miejsca na szafce nocnej.

Oprócz lamp stwarzających nastrój potrzebne jest jednak w sypialni oświetlenie ogólne umożliwiające sprzątanie czy zmianę pościeli. Mogą to być zarówno kinkiety, jak i plafoniera.

Zainstalowanie oprawy oświetlenio­wej w szafie lub w listwie umiesz­czonej tuż nad drzwiami szafy rów­nież ułatwia życie. Coraz częściej pojawiają się w naszych mieszka­niach garderoby. Nie wolno tu wie­szać nie osłoniętych żarówek – umieszczone zbyt blisko ubrań mogłyby spowodować pożar. Bez­pieczniej jest zastosować świetlów­kę, umieszczoną w odległości nie mniejszej niż 15 cm od półek i wie­szaków. Dodatkowo można zainsta­lować w dolnej części pomieszcze­nia małą lampkę oświetlającą dolne półki.

■ Pokój dziecka

Dziecko, im starsze, tym chętniej przebywa we własnym pokoju. W początkowym okresie wystarcza tu światło ogólne i lampka nad miejscem do przewijania (nie­mowlę też człowiek, lampka nie może razić oczu dziecka). Później potrzebne jest oświetlenie umożli­wiające zabawę na podłodze, pracę przy biurku, czy czytanie w łóżku. O tym, że oświetlenie pokoju dzie­cinnego musi być bezpieczne, wie­dzą wszyscy rodzice. Lampy nie powinny mieć szklanych kloszy, które mogłyby się stłuc i skaleczyć dziecko; wskazane, by obudowa była wykonana z materiałów nie rozgrzewających się. Gniazda wty­kowe można umieścić wyżej niż w innych pomieszczeniach i ko­niecznie wyposażyć w zaślepki. Oprawy lamp dla dzieci powinny charakteryzować się kolorysty­ką o czystych barwach i prostej formie.

Z czasem dziecko dorasta – pokój staje się niepodległym terytorium naszego nastolatka, na którym wszelka ingerencja dorosłych jest w najlepszym wypadku utrudnio­na. Dziecko nasze prawdopodobnie będzie czytało przy niewłaściwym oświetleniu i w ogóle żyło niehi­gienicznie, na co jednak dorośli zwykle nie mają zbyt wielkiego wpływu. Dlatego, póki możemy, zainstalujmy mu przy biurku po­rządną lampę z regulowanym ką­tem padania światła, nad łóżkiem – lampę do czytania (dobrze spi­sują się podobne do garażowych, w drucianym „koszyku”), a na sufi­cie – płaską plafonierę, która wy­trzyma bitwy na poduszki. W pokoju starszego dziecka często stawia się komputer. Do pracy na komputerze najodpowiedniejsze są lampy stojące lub wiszące umiesz­czone z boku komputera, dające rozproszone światło, odbijające się od sufitu, a nie od ekranu kompu­tera. Osobna mała lampka może oświetlać klawiaturę.

■   Łazienka

Pomieszczenie to wymaga oświetle­nia ogólnego (z żarówkami mocy nie mniejszej niż 75 W) oraz lam­pek przy lustrze, w którym wnikli­wie analizujemy nasz wygląd cze­sząc się, goląc czy myjąc zęby. Lampki (kinkiety) powinny oświe­tlać lustro symetrycznie z obu stron i nie oślepiać. Najlepiej umieścić je w odległości około 75 cm od siebie, na wysokości oczu (155-165 cm od podłogi). Nie powinny się znajdo­wać tuż nad lustrem, gdyż wówczas cienie utrudniają wykonywanie za­biegów pielęgnacyjnych. W więk­szej łazience takie oświetlenie może się okazać niewystarczające, trzeba więc kierować się rozsądkiem i wła­snymi potrzebami, pamiętając o tym, by nie umieszczać lamp zbyt nisko ze względów bezpieczeństwa. Gniazda wtykowe muszą być zabez­pieczone klapką i umieszczone z da­leka od wanny i prysznica. Zwykłe reflektory halogenowe przy lustrze są niedopuszczalne – mogą pęknąć w zetknięciu z najdrobniej­szą kropelką wody i porazić prą­dem. Jeżeli podoba nam się białe, czyste światło halogenowe, może­my zastosować specjalne żarówki przeciwbryzgowe.

■    Schody

Oświetla się je oprawami o klo­szach całkowicie zakrywających żarówki. Dzięki temu unika się oślepiania podczas pokonywania biegu pod górę (reflektory) lub w czasie schodzenia (kinkiety z otwartym kloszem). Na ogól wy­starczają punkty świetlne u podnó­ża i nad podestem, przy czym do­brze jest pamiętać o wyłączniku na początku i na końcu schodów.

■ Oświetlenie zewnętrzne

Coraz więcej uwagi właściciele domów zwracają na oświetlenie zewnętrzne posesji. Wprawdzie duże reflektory rzucające szeroki snop światła zapewniają domow­nikom poczucie bezpieczeństwa, ale nie mają w sobie za grosz ro­mantyzmu, pożerają też ogromne ilości energii. Coraz częściej sto­suje się oszczędne lampy reagu­jące na ruch. Doskonale spełniają swą funkcję, zapalając się, gdy ktoś zbliża się do budynku. Oprócz standardowego oświetle­nia wejścia do domu, ganku czy tarasu (pamiętajmy: lepiej założyć dwie lampy po obu stronach drzwi zamiast jednej, która rzuca cienie i utrudnia rozpoznanie wie­czornych gości) coraz częściej sto­sowane są różnorodne lampy ogrodowe. Oświetlają one dojście do domu, ścieżki w ogródku, pod­świetlają oczka wodne czy ele­menty dominujące w ogrodzie (rzeźba, oryginalna grupa roślin). Lampy ogrodowe mogą mieć róż­ne kształty i wysokość. Niektóre wyglądają jak miniaturki latarni parkowych, inne są zupełnie pła­skie: leżą w trawie jak miniaturo­we UFO…

Na zdjęciach prezentujemy różne wzory opraw. Prawdziwą nowością są lampy zasilane energią słonecz­ną. Nawet po pochmurnym, ale bezdeszczowym dniu świecą kilka go­dzin i nie wymagają układania kabli pod grządkami czy trawnikiem. Oświetlenie ogrodu sprawia, że niewielki nieraz ogródek wydaje się większy i bardziej malowni­czy, jest również korzystne ze względów bezpieczeństwa. Zasa­da rozmieszczenia lamp jest pro­sta: decydujemy, że kręgi światła nakładają się na siebie albo zostawiamy między nimi tajemniczą ciemność. Wolę to drugie rozwią­zanie ze względu na jego nieod­party urok.

Życzę sukcesów w zwalczaniu ciemności.


 

U państwa Zanussich

Przy pełnej uroku uliczce stoi przedwojenna kamienica. Jedno z mieszkań zajmują Państwo Zanussi. Wnętrze zaprojektowane przez profesjonalistów, zrealizowane 18 lat temu, nabrało pewnej patyny.

Kamienica ocalała w czasie ostat­niej wojny, ale zamieszkali w niej nowi lokatorzy. Stała się siedli­skiem przypadkowych ludzi, któ­rzy nie dbali o niszczejący budy­nek. W latach siedemdziesiątych pojawiła się możliwość odkupienia bezpańskich, zdegradowanych do­mów, w których śmiesznie niskie czynsze nie starczały na podstawo­we remonty dachów, rynien, insta­lacji, stolarki, klatek schodowych, elewacji. Jedynym ratunkiem było przekazanie ich w prywatne ręce.

Oczywiście z całą spuścizną. No­wych właścicieli czekał bowiem nie tylko kosztowny kapitalny re­mont od piwnic po dach, lecz tak­że kupno mieszkań dla dotychcza­sowych lokatorów z kwaterunku. Pokonując wyżej wymienione trud­ności Państwo Zanussi stali się właścicielami piętra i poddasza starej kamienicy. Mieszka tu teraz trzyosobowa rodzina i pies. Zadba­ne wejście do domu ozdobione jest zawsze zielonymi ognikami – krze­wami o szkarłatnych i pomarań­czowych owocach. W oknach zain­stalowano kraty, zaprojektowane tak, aby jak najmniej raziły i har­monizowały z balustradą balkonową.

Mieszkanie dwupokoleniowe

Projekt adaptacji domu został wy­konany przez architektów Annę Chmurę i Stanisława Sołtyka. Pro­jektanci musieli uwzględnić kilka sprzecznych funkcji. Trzeba było połączyć formułę domu otwartego z możliwością wykonywania pracy twórczej przez pana domu, Krzysz­tofa Zanussiego, a przy tym usza­nować potrzeby najstarszego członka rodziny, słowem – uwzględnić potrzeby rodziny dwupokoleniowej. Pokój mamy z niezależną łazienką jest usytuowany tak, by nie za­kłócać jej spokoju, ale jednocze­śnie nie wykluczać z życia rodzin­nego i towarzyskiego tej niezwy­kle aktywnej i pogodnej osoby. W mieszkaniu są też dwa gabinety do pracy dla pana domu oraz dwa salony – w tym na piętrze odbywa­ją się bardziej kameralne przyjęcia.

■ Układ funkcjonalny

Wąskie drewniane schody klatki schodowej o ścianach w tonacji zgaszonej zieleni, zawieszone obrazami nie dla amatorów aukcji, prowadzą na pierwsze piętro. Na półpiętrach stoją fotele i bukiety suszonych kwiatów. Pierwsza kondygnacja mieszkania to salon, niewielka otwarta kuch­nia, pokój matki reżysera oraz gabinet, w którym przyjmuje się interesantów . Schody, utrzymane w tej samej to­nacji i charakterze, prowadzą na poddasze. Jego otwarta przestrzeń dzieli się na salon z ogromną skórzaną kanapą przed kominkiem II, miejsce pracy (tak zwany drugi gabinet) oraz minikuchenkę  z małym zlewozmywakiem, ku­chenką elektryczną i lodówką – po­mieszczenie to jest niezbędne pod­czas wizyt gości na górze. Wydzie­lone zostały tylko pomieszczenia niewielkiej sypialni i łazienki. Wą­ski taras, pełen różnorodnych ro­ślin, jest naturalnym łącznikiem z zielenią ulicy.

■ Dwa gabinety

Mają swoje uzasadnienie dwa ga­binety reżysera różniące się funkcją. Jeden z nich jest otwarty dla przychodzących z zewnątrz, drugi – na górze – służy do pracy indy­widualnej, wymagającej izolacji i skupienia.

Ciekawie rozwiązano dolny gabi­net. We wnętrzu tym dominuje motyw kola. Aby zaakcentować kształt pomieszczenia, na suficie umieszczono okrągły plafon. Biur­ko z zaokrąglonym blatem wzmac­nia ten efekt.
Obok półek z książkami zaprojektowano niewielkie wnęki, w któ­rych są gromadzone liczne trofea i nagrody filmowe oraz podarun­ki od przyjaciół i ekip filmowych z różnych stron świata. Właści­wie cały dom jest nimi zasypany. Potęguje to jeszcze wyczuwalną tu wszędzie atmosferę ciepła i pogody.

■ Dolna kondygnacja

Cała dolna kondygnacja mieszka­nia – poza okrągłym gabinetem -    nosi cechy polskiego salonu in­teligenckiego, wzbogaconego ar­tystycznymi akcentami. W pokoju starszej pani stoi oryginalny, okrągły ceramiczny piec, w któ­rym nadal się pali To unikato­we dzieło sztuki, ręcznie wykona­ne i zdobione przez panią domu – malarkę Elżbietę Grocholską, przedstawia scenę myśliwską. Pokój starszej Pani utrzymano w ulubionych przez nią tonacjach zieleni. Zaskakujący cudowny piec kaflowy i „wieczny obraz” w du­żej otwartej jadalni indywiduali­zują wnętrze. Piec jest dziełem skończonym, natomiast obraz – ogromne płótno dominujące w jadalni – jest wciąż zmieniany: przemalowywany, domalowywany przez autorkę, Elżbietę Grochol­ską. Dzieje się tak co najmniej dwa razy w roku z okazji specjal­nych okoliczności rodzinnych. Zwykle są to urodziny lub Boże Narodzenie.

W jadalni z meblami gdańskimi dominuje duży ciężki stół na kil­kanaście osób. Oprócz tego stoi tam szafa gdańska, używana jako kredens. Liczne krzesła obite skórą oraz wsuwane jeden w drugi stoliki są przygotowane na wi­zytę większej liczby osób. Nie brak ich w tym gościnnym domu – projektanci musieli wziąć to pod uwagę.

■ Poddasze

Górę potraktowano bardziej rygory­stycznie. Podporządkowano ją wszechobecnym skosom. Sko­śne są belki stropowe, deski na drzwiach i ścianach w łazience, a także na fragmentach ścian w po­koju. Przyjęto zasadę, że drewno stare – a więc stropy i słupy – jest bejcowane na ciemno, nowe zaś (w łazience, minikuchence, sypialni, gabinecie) pozostaje jasne. Całe wnętrze rozjaśnia bardzo długa, złocistobeżowa skórzana kanapa, przywieziona z Włoch. Podłogę wyłożono jednolitą białoszarą wełnianą wykładziną, dochodzącą aż pod obmurowanie otynkowanego, białego, sięgające­go stropu kominka.

■ Zmiany

Dom wymagał generalnego remon­tu, wymieniono więc w nim całą instalację elektryczną, przewody kanalizacyjne, całą instalację sani­tarną. Położono nowe tynki i pod­łogi. Zmieniono pierwotny podział wnętrza. Wyburzono niektóre ścia­ny, niektóre dobudowano. Z dawne­go tarasu powstała kuchnia na dol­nej kondygnacji. Dokonano zupeł­nie innego podziału strychu. Odsło­nięto przykryte szalówką belki stropów. Zastosowano naturalne materiały i surowce odpowiedniej jakości, dobre gatunki drewna, farb i tynki sztablaturowe. Wiele uwagi poświęcono detalowi. Specjalnie zaprojektowano jeden z grzejni­ków, klamki. W łazience zain­stalowano nietypowe baterie.

■ Mieszkanie szyte na miarę

Ten dom, a właściwie jego wnę­trze, dobrze się starzeje. Atmosfe­rze podporządkowały się meble, sprowadzone przez projektantów z Włoch – zarobił na nie film „Z dalekiego kraju”. Sprowadzone również z Włoch baterie i porcelana łazienkowa wytrzymały nad po­dziw próbę czasu. Z nie ukrywaną satysfakcją Pani domu wyznaje, że przez 18 lat nie wymieniono ani jednej uszczelki, nie wykonywano żadnych napraw hydraulicznych. Ani mieszkańcy, ani projektanci nie widzą żadnych mankamentów w aranżacji wnętrza tego domu. Funkcjonuje on w takiej strukturze od 1978 roku, kiedy to w prowa­dzonym od samego początku do­mowym dzienniku gości zanoto­wano pierwsze nocowanie. Ten sukces to efekt zlecenia pro­jektu zaprzyjaźnionemu architektowi, dobrze znającemu rodzinne zwyczaje.

Trzeba dodać, że w czasie realizacji projektu ar­chitekci bezustannie nadzorowali przebieg prac budowlanych. Zwracali uwagę na szczegóły wy­konawstwa. Mieli możliwość ko­rekt, gdy pewne pomysły się nie sprawdzały. Na przykład pierw­szy projekt kominka, zbyt ozdob­nego, nie znalazł uznania pana domu. Został zaprojektowany prostszy, o formie podkreślającej prostotę aranżacji poddasza. W efekcie wszyscy są zadowole­ni, czego dowodem jest trwająca nadal przyjaźń. Mieszkanie, jak twierdzi architekt Anna Chmura, jest szyte na miarę. Niepotrzebne były żadne kompromisy. Tak się szczęśliwie złożyło, że panowała jednomyślność co do funkcji i stylu.

Wnętrze – zaprojektowane przez profesjonalistów, zrealizowane 18 lat temu – nabrało pewnej pa­tyny, ale uniknęło chaosu. Przyby­wa mu z czasem drobnych dekora­cyjnych przedmiotów – jak na przykład rzeźba Igora Mitoraja, wspaniałego artysty polskiego (niestety bardziej znanego za gra­nicą niż w Polsce) czy zabawny porcelanowy podgłówek przywie­ziony z Chin – które czasem zmie­niają swoje miejsce. Tworzą wciąż nowe fragmenty scenografii. To wnętrze – tak jak każde – ulega czasowi, ale trzeba przyznać – sta­rzeje się dobrze. Czuje się w tym domu bezpieczeństwo, jakie daje życie w zgodzie z tradycją.